Wszystkiego najlepszego z okazji (powtórnych) urodzin!

To nie są zwyczajne życzenia dla zwyczajnej osoby. To są życzenia wyjątkowe, bo wielu z nas obchodzi urodziny raz w roku, tymczasem Osoba, do której są one adresowane, świętuje ten dzień dwukrotnie. I właśnie dzisiaj przypada ten Dzień…
Stałym Czytelnikom mojego bloga nie muszę wyjaśniać, że od kilku lat staram się – jak tylko jest ku temu okazja – pisać o trudnym, ale ważnym temacie – transplantacji i dawstwie narządów. Emocje, które towarzyszą mi w czasie rozmów z osobami, które otrzymały szansę na drugie życie – dzięki transplantacji, ale przede wszystkim głównie decyzji rodzin lub altruistycznej deklaracji woli o pobraniu narządów do zabiegu – trudno wyrazić słowami. Dziś po raz pierwszy w swoim życiu, jako dziennikarka, mogę świętować dzień urodzin z moim Przyjacielem, Piotrem, który dwanaście lat temu otrzymał nowe, drugie życie – dzięki przeszczepowi szpiku. Przyznam, zanim poznałam Piotra ten temat – przeszczepu szpiku kostnego traktowałam marginalnie. Za sprawą Piotra zaczęłam interesować się dawstwem szpiku i możliwościami pomocy osobom cierpiącym z powodu chorób krwi. Tu, w odróżnieniu od dawstwa narządów, potrzebny jest drobny wymaz z wewnętrznej części policzka i znalezienie się w bazie potencjalnych dawców. Dzięki naszej, oczywiście dobrowolnej, altruistycznej decyzji, możemy – o ile znajdzie się osoba o takim samym „kodzie genetycznym”, w języku fachowym zwanym zgodnością tkankową – uratować życie.
Piotr, kilkanaście lat temu był ciężko chory, walczył o życie. Miał szczęście, bo w przypadku Jego choroby, możliwy okazał się przeszczep autologiczny, czyli dawcą zdrowych komórek szpiku był sam Piotr. Taki przeszczep to rzadkość, ale – jak się okazuje – zabieg jest możliwy i skuteczny. Co istotne – nie trzeba przyjmować, jak w przypadkach operacji i pobierania narządów lub płytek krwi od innych dawców – leków immunosupresyjnych, czyli zapobiegających odrzuceniu narządów, czy tkanek, prze organizm biorcy. Dzięki przeszczepowi szpiku Piotr dostał szansę na drugie życie i cieszy się każdym dniem. Pracuje w branży turystycznej, dużo podróżuje, szybko zdobywa sympatię koleżanek i kolegów, z którymi współpracuje przy obsłudze międzynarodowych grup wycieczkowych. Niewiele osób wie o tym, co przeźył Piotr i jak wielką cenę zapłacił za to, by normalnie żyć i cieszyć się tym, czego wielu z nas na co dzień nie docenia. Czasem trudno nam powitać kolejny dzień z uśmiechem, z różnych powodów. Dla Piotra każdy dzień to piękny prezent, a dzień, w którym otrzymał „stary – nowy” szpik jest drugim, nawet ważniejszym, Dniem Urodzin. I dziś jest właśnie ten Dzień!

Piotruś – wszystkiego najlepszego! A Twój przykład niech da nadzieję tym, którzy walczą z podstępnymi chorobami krwi. I innymi poważnymi schorzeniami, które można leczyć jedynie poprzez przeszczep narządów.

Historia uwieczniona w lustrze pamięci

Dzisiaj w lubelskim Ośrodku „Brama Grodzka-Teatr NN” odbyło się spotkanie kończące projekt „Shtetl routes. Obiekty żydowskiego dziedzictwa kulturowego w turystyce transgranicznej” – unikalne przedsięwzięcie edukacyjne, którego celem było upamiętnienie dziedzictwa nieistniejących już sztetli, dawnych wielokulturowych miasteczek pogranicza Polski, Ukrainy i Białorusi. Zwieńczeniem projektu jest wydany właśnie unikalny przewodnik „Szlakami sztetli. Podróże przez zapomniany kontynent”. Jak podkreślał koordynator projektu Emil Majuk z Ośrodka „Brama Grodzka-Teatr NN” w czasie trzech lat trwania projektu udało się zgromadzić wiele relacji mówionych, wiele zdjęć, ale przede wszystkim – zaszczepić w setkach, a może nawet tysiącach mieszkańców w różnym wieku zamiłowanie do odkrywania historii miejsc, tzw. „Małych Ojczyzn”. Dwa lata temu relacjonowałam na moim blogu dwa wyjazdy – przez Lubelszczyznę i Podkarpacie – realizowane w ramach projektu, w czasie których uczestnicy – pasjonaci historii i turystyki – odkrywali dawne sztetl. Teraz dawne miasteczka odkryją na nowo nie tylko uczestnicy zakończonego już projektu ale i wszyscy zainteresowani – a to dzięki unikalnej publikacji, która dzisiaj została zaprezentowana szerszej publiczności.
Na mnie, obok fascynującego wydawnictwa, wielkie wrażenie wywarł pomysł Natalii Romik, doktorantki w Bartlett School of Architecture w University College London. Ta absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego zafascynowana jest architekturą pamięci w dawnych pożydowskich sztetlach i pracuje właśnie nad swoją pracą doktorską, analizując architekturę miejsc, w których realizowany był projekt „Shtetl routes”. Natalia miała genialny pomysł na sposób zebrania materiałów do pracy – zamiast tradycyjnych wyjazdów i kwerendy postanowiła, wraz z dwiema przyjaciółkami, skonstruować pojazd, „opatulony” lustrami. Ten pojazd jest praktycznie niewidzialny, doskonale „wtapia” się w lokalny krajobraz, nie zakłócając jego charakteru, a jednocześnie – stanowi pewnego rodzaju iluzję, efemerydę, wpisuje się w przestrzeń publiczną poprzez swoją „obecność-nieobecność”. W „wehikule” jest niewielkie muzeum-archiwum, a mieszkańcy, odwiedzający to miejsce mogą podzielić się swoimi historiami, zdjęciami, dokumentami rodzinnymi – czasem je nawet podarować wolontariuszom, by ocalić te skarby od zapomnienia… Bardzo podoba mi się to artystyczne, innowacyjne podejście do historii. W oparciu o projekt edukacyjny tworzony jest kolejny, równie ważny, bo z przesłaniem ocalenia pamięci i tożsamości, tożsamości europejskiej, której istotną część stanowi dziedzictwo wielokulturowe, w tym osadnictwo żydowskie.

Dopatruję się w pomyśle Natalii inspiracji w Ośrodku „Brama Grodzka-Teatr NN”. Już wiele lat temu Tomasz Pietrasiewicz, twórca i Dyrektor Ośrodka, wymyślił lustro, które przytwierdzone jest to ściany wewnątrz Bramy, przy schodach prowadzących obok okien od strony Zamku. Osoby patrzące w lustro widzą siebie na tle Zamku i miejsca, gdzie była niegdyś dzielnica żydowska. To wyjątkowy widok i refleksja. Myślę, że właśnie ta refleksja mogła być kluczem do pomysłu Natalii. Bo dla mnie właśnie tak to wygląda, choć oczywiście to tylko moje wrażenie.

Bardzo bym chciała, żeby to „lustro pamięci” stworzone przez Natalię, ale zainspirowane, przez Ośrodek i projekt „Shtetl routes” oraz Tomasza Pietrasiewicza, Witolda Dąbrowskiego, Emila Majuka, Monikę Tarajko i wielu, wielu innych pracowników Ośrodka „Brama Grodzka-Teatr NN” we współpracy z instytucjami partnerskimi z Białorusi i Ukrainy stało się przyczynkiem do kolejnych, innowacyjnych pomysłów, które pozwolą ocalić pamięć. Bo jesteśmy to winni poprzednim pokoleniom, ale także tym, którzy przyjdą po nas. Bo pamięć ma także za zadanie chronić i przestrzegać – nigdy więcej… Ale to już temat na inny wpis.

Europejska Nagroda dla Lublina

Moje rodzinne miasto otrzymało właśnie prestiżową nagrodę, przyznaną przez Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy – Europe Prize. Lublin doceniony został za podejmowane działania o charakterze gospodarczym oraz imprezy kulturalne, które swym zasięgiem wykraczają poza miasto i region. Kapituła nagrody podkreśliła przedsięwzięcia, angażujące nie tylko lokalne środowiska biznesowe oraz instytucje kulturalne, ale również szkoły wyższe i organizacje pozarządowe. Wszystkie działania, podejmowane przez władze miasta mają istotny nadrzędny cel – promocję wartości europejskich i właśnie ten fakt doceniło jedno z najważniejszych gremiów na kontynencie europejskim.
Nagroda cieszy tym bardziej, że przyznana została w jubileuszowym roku 700-lecia nadania praw miejskich Lublinowi. I z pewnością będzie inspiracją dla władz miasta do podejmowania jeszcze większej liczby imprez i przedsięwzięć, z myślą o wykorzystaniu istniejącego, imponującego potencjału międzynarodowego, który wynika m.in. z aktywnej współpracy z miastami partnerskimi.
Wiem, że duże znaczenie dla faktu przyznania nagrody miała nie tylko aktywna współpraca z krajami Europy Zachodniej, ale także, a może przede wszystkim – z Ukrainą, dla której to my, Polska i Lublin, jesteśmy „Bramą na Zachód” i „przedsionkiem Europy”. I tu słowa uznania dla Krzysztofa Łątki, dyrektora Wydziału Projektów Nieinwestycyjnych w lubelskim Urzędzie Miasta. To dyrektor Łątka od kilku lat z sukcesem tworzy Kongres Inicjatyw Europy Wschodniej, to on inspiruje instytucje i organizacje po obu stronach granicy do aktywnej współpracy, wreszcie – osobiście inicjuje międzynarodowe projekty. Choć nie zawsze złożone wnioski kończą się sukcesem w postaci przyznania dotacji, dyrektor Łątka nigdy się nie poddaje i podejmuje kolejne działania – do skutku. I być może właśnie ta niezłomność w dążeniu do wyznaczonych celów i niepoddawanie się przeciwnościom – a w ostatnim czasie tych ostatnich lubelscy urzędnicy doświadczyli wiele – zadecydowały o przyznaniu tej wyjątkowej nagrody, w tym szczególnym dla Lublina i mieszkańców roku. Mam nadzieję, że to jedna z wielu nagród i wyróżnień, które otrzyma w tym roku moje miasto. Miasto, które znaczy wiele – a świadczy o tym Europe Prize – na mapie kontynentu europejskiego.

Gdybym była Francuzką…

…głosowałabym w wyborach prezydenckich na Emmanuela Macrona. Ten młody polityk stawia przed sobą, jako potencjalnym prezydentem, wiele ważnych wyzwań, mnie jednak intryguje deklaracja sprzed dwóch dni o sankcjach, które zostaną nałożone na Polskę, z powodu niedotrzymywania obowiązków spoczywających solidarnie na wszystkich członkach unijnej Wspólnoty. Faktycznie nasz kraj skutecznie, jak dotąd, uchyla się od respektowania zapisów unijnych w wielu obszarach, jednak nie może ten stan trwać w nieskończoność. Wspólnota przechodzi poważny kryzys, a nasz kraj, zamiast – jak było dotąd – wspierać przywódców innych europejskich krajów, np. w rozwiązaniu dramatu uchodźców z Syrii, sam przysparza niemałych problemów unijnym instytucjom. Silna pozycja Polski w UE, wypracowana staraniem wielu polityków różnych opcji, i to przez kilkanaście lat, dziś powoli staje się pięknym wspomnieniem. Odbudowanie dobrych relacji potrwa lata, o ile uda się jeszcze ocalić fundamenty, na których zbudowano Wspólnotę – przede wszystkim chodzi o solidarność i demokrację, w wielu kwestiach – nie tylko politycznych, ale i gospodarczych, czy społecznych. Dziś potrzeba tej Wspólnoty bardziej niż kiedykolwiek, a polski rząd zdaje się o tym zapominać, patrząc jedynie na Unię jako „kasjera” i „portfel” z funduszami. Jest mi przykro i wstyd, że to prawdopodobnie przyszły francuski prezydent Macron przywoła nasz kraj „do porządku”. Sankcje to nie tylko ewentualne straty finansowe, ale przede wszystkim – wizerunkowe. A jeżeli do głosu francuskiego prezydenta przyłączy się niemiecka kanclerz to skutki sankcji będą bolesne – przede wszystkim grozi nam radykalne zmniejszenie funduszy unijnych, bo budżet UE uchwalany jest corocznie. Dlatego głos Emmanuela Macrona na razie jest jedynie przestrogą. Jednak jeżeli będzie to głos prezydenta ważnego unijnego kraju, jednego z założycieli UE – sankcje wobec Polski nabrać mogą realnego kształtu.
Dlaczego chciałabym więc, gdybym była Francuzką, głosować na Emmanuela Marcona? Bo ten młody człowiek ma szansę – jako prezydent Francji – wpłynąć na to, co dzieje się teraz w naszym kraju. Zbyt wiele spraw o istotnym znaczeniu, czy to politycznym, czy społecznym, skutecznie wymknęło się już spod jakiejkolwiek kontroli. A wcześniej czy później zapłacimy za to wszyscy. Oby tylko cena nie była zbyt wysoka…

Lubelscy strażacy na medal!

Dotychczas relacjonowałam, dla Czytelników lubelskich gazet, m.in. „ostry dyżur” w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, ćwiczenia na poligonie w Nowej Dębie, jeździłam z policyjnym patrolem „na zdarzenia”, dotąd jednak nie pisałam o akcji prowadzonej przez strażaków. Życie pisze najciekawsze scenariusze, oby tylko wszystko skończyło się dobrze. A zdarzenie, które chcę opisać – tym razem dla Czytelników mojego bloga – ma swój szczęśliwy finał. Nie życzę jednak nikomu, by przeżył taką noc, jaka stała się udziałem mieszkańców kilku klatek bloku przy jednej z ulic lubelskiego Czechowa. Tuż po północy ze snu wyrwał mnie zapach spalenizny. Na suficie pokoju, w którym spałam, „biegały” niebieskie lampki. Zerwałam się z łóżka i wyjrzałam przez okno. Przed klatką stały dwa wozy strażackie z włączonymi, migającymi, niebieskimi światłami i pracującą głośno pompą. Szybko ubrałam i chciałam szybko pobiec do sąsiadów. Nikt nie ogłosił ewakuacji, ale o tym, że jest nieciekawie, świadczyły pootwierane na oścież okna na klatce. Jestem pewna, że zrobili to strażacy, którzy w ten sposób dbali o odpowiednią, pomimo trudnych warunków, wentylację klatki. Kłęby dymu były tak duszące, że musiałam szybko wrócić do mieszkania. Patrzyłam przez okno na strażaków, którzy szybko wykonywali przyjęte w takiej sytuacji procedury. Gdy usłyszałam głosy na klatce wybiegłam, by dowiedzieć się, co się stało. Sąsiedzi przekazali mi informację, że pożar wybuchł w sąsiedniej klatce, w piwnicy, ale strażacy opanowują sytuację. Emocje nie pozwoliły wrócić do łóżka, przez okno obserwowałam, co się dzieje. Byli już także policjanci, którzy z pewnej odległości przyglądali się akcji. Dopiero po jej zakończeniu mogli przystąpić do sporządzenia dokumentacji zdarzenia. Akcja trwała około 1,5 godziny. Kiedy strażacy zaczęli zwijać jeden z węży gaśniczych, odetchnęłam – sytuacja była opanowana. Jedna z brygad strażackich była gotowa do odjazdu. Ale wcześniej strażacy z obu pojazdów podeszli do siebie i wykonali gest „żółwika”. To było bardzo miłe pożegnanie. Strażacy z brygady o numerze 304-21 (oznaczenie widoczne jest z góry, dlatego nie miałam problemu by je dostrzec) pozostali jeszcze na posterunku. Odjechali dopiero po dłuższym czasie, po zakończeniu wszystkich wymaganych w takich sytuacjach, procedur.
Byłam pod wrażeniem akcji, chociaż przebudzenie z powodu duszącego zapachu spalenizny było koszmarnym doświadczeniem. Najważniejsze, że strażacy spokojnie wykonywali swoje czynności, a mieszkańcy okolicznych bloków i klatek nie byli niepokojeni. Bo najgorsze, co może się wydarzyć to panika, a spanikowane osoby to dodatkowe zagrożenie i konieczne działania, np. przyjazd specjalnych autobusów MPK, gotowych do pracy w sytuacjach zagrożenia życia i zdrowia ludzi. Tu na szczęście obyło się bez ewakuacji, a strażacy spisali się na medal.
Zadzwoniłam dzisiaj do Pana Kapitana Andrzeja Szaconia, Oficera Prasowego Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej. Z gratulacjami i podziękowaniem za modelowo przeprowadzoną akcję. – Nigdy wcześniej nie widziałam strażaków w akcji na „własne oczy” i jestem pod wrażeniem ich spokoju i opanowania – mówiłam. Pan Kapitan zapewnił mnie, że strażacy przechodzą specjalne badania psychologiczne, szkolenia i mają niezbędne doświadczenie, ale także – konieczne predyspozycje do pracy w takich, trudnych warunkach. – Cieszę się, że przekazuje mi Pani swoje wrażenia i dobrą ocenę naszej pracy. Rzadko się zdarza, żeby zadzwonił ktoś z gratulacjami, zazwyczaj jest tak, że mieszkańcy są niezadowoleni i krytykują to, co widzieli. Przekażę jutro tę opinię Panu Komendantowi.
Chociaż zapach spalenizny na klatce będzie unosić się jeszcze na pewno przez kilka kolejnych dni, najważniejsze, że nikomu nic się nie stało. Policja prowadzi dochodzenie dotyczące przyczyn pożaru. A ja – chociaż nocne bieganie po klatce przypłaciłam przeziębieniem – będę zawsze wdzięczna lubelskim strażakom za ich spokój, opanowanie i wspaniałą pracę zespołową. Gdyby nie ich szybkie działanie nie wiadomo, jakie skutki dla zdrowia i życia mieszkańców mógłby mieć ten nocny pożar. Dziękuję i życzę, by takich akcji było jak najmniej, ale także – by zawsze miały dobre zakończenie.

Panie Jacku, Panie Ministrze, Panie Przewodniczący, Panie Europośle…

Wiadomość o kandydaturze Jacka Saryusz-Wolskiego na Przewodniczącego Rady Unii Europejskiej jest dla mnie szokiem. Polski rząd zdecydował o poparciu dla byłego Ministra ds. Europejskich, byłego szefa, byłego już Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej, Przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Europejskiego, wreszcie – Europosła. Jacek Saryusz-Wolski był jednym z polityków, który wniósł bardzo duży wkład w proces negocjacji warunków uczestnictwa Polski w strukturach unijnych. I jako jeden z polskich „ojców” naszego wejścia do UE i dotychczasowego sukcesu Polski w unijnej Wspólnocie ma zapewnione ważne miejsce w europejskiej historii rozszerzenia UE.
Kilkakrotnie miałam możliwość rozmowy z Panem Ministrem, późniejszym Przewodniczącym Komisji w PE i niestety – muszę przyznać, że nie były to spotkania miłe, wręcz przeciwnie – Jacek Saryusz-Wolski to trudny rozmówca, a jednocześnie – bardzo inteligentny i przebiegły polityk, któremu nie obce są techniki manipulacji. I Pan Europoseł nie waha się stosować ich także wobec dziennikarzy.
Kiedy pierwszy raz miałam możliwość rozmowy z Panem Ministrem, w roku 2000, w UKIE, zadałam m.in. pytanie dotyczące przyszłości Lubelszczyzny w UE. Chodziło mi o zagrożenie, o którym mówili politycy ówczesnych partii opozycyjnych – że Lubelszczyzna, podobnie jak inne regiony graniczne na wschodzie Polski, po naszej akcesji do UE stanie się „strefą buforową” UE. Czyli – że nie będzie tu przemysłu i fabryk, które mogłyby – w przypadku jakiegokolwiek konfliktu międzynarodowego – stać się łatwym celem. „Czy Lubelszczyzna po wejściu do UE nie stanie się strefą buforową”? – zapytałam. A Pan Minister rozbrajająco odpowiedział pytaniem: „A co to jest strefa buforowa”? „Niech Pan nie żartuje, doskonale Pan wie, rozumiem, że to trudne pytanie, ale jest ono bardzo istotne przed planowanym referendum dotyczącym naszego wejścia do UE, proszę odpowiedzieć…”. Pan Minister odpowiedział, że to, czy strefa będzie faktem zależeć będzie tylko i wyłącznie od mieszkańców i władz regionu, które otrzymają fundusze, jeszcze w ramach pomocy przedakcesyjnej, i powinny je zagospodarować jak najlepiej. „Wasza przyszłość zależy od was, nie od Warszawy, czy Brukseli” – przekonywał.
Kiedy Pan Minister był już kolejną kadencję Posłem do Parlamentu Europejskiego miałam możliwość kolejnego spotkania – tym razem w Kolegium Europejskim Natolin w Warszawie. Jacek Saryusz-Wolski jest nie tylko twórcą Kolegium, najstarszej i najbardziej prestiżowej instytucji edukacyjnej, specjalizującej się w europejskich studiach podyplomowych, ale także – był Wicerektorem Kolegium – w belgijskiej Brugii, i również – w Natolinie. Przypomniałam Panu Europosłowi moje pytanie sprzed kilku lat o strefę buforową i podzieliłam się swoim wrażeniem – strefa buforowa już staje się faktem we wschodniej Polsce. I podałam konkretny przykład – likwidację Cukrowni Lublin – zakładu nie tylko z długoletnią tradycją, ale przede wszystkim – doskonałą linią produkcyjną, posiadanymi unijnymi certyfikatami jakości. „No tak, no tak, limity cukru, faktycznie, to nasza porażka, mogliśmy zrobić więcej…” – Pan Poseł musiał przyznać mi rację, ale tylko na chwilę. „Macie jeszcze wiele szans i możliwości, są jeszcze fundusze UE, wykorzystujcie je, specjalny dedykowany program dla Polski Wschodniej…”. „Panie Przewodniczący, ale dlaczego nie ma tu możliwości dla finansowania inwestycji choćby w infrastrukturę kolejową, a przewidziane są fundusze np. na ścieżki rowerowe, wiem, ekologia – ale czy nie byłoby lepiej, gdyby mieszkańcy Lublina w poszukiwaniu pracy nie wyjeżdżali za granicę, a np. dojeżdżali szybką koleją do Warszawy – korzyści byłyby duże – i dla Lublina i Warszawy. Ścieżki rowerowe miejsc pracy nie stworzą… Absolwenci szkół wyższych wyjeżdżają…”. Pan Minister nie wahał się odpowiedzieć szybko i konkretnie „Niech się pani nie martwi, wrócą na Lubelszczyznę odpoczywać, macie piękne Roztocze, ścieżki rowerowe…”. Ale na moje konkretne pytania nie uzyskałam odpowiedzi, która niosłaby przesłanie dla mieszkańców Lublina i regionu, borykających się z brakiem zatrudnienia.
Widziałam się z Panem Europosłem jeszcze kilkakrotnie – w Brukseli i Strasbourgu. I za każdym razem obok szacunku dla wybitnego polityka, współtwórcy polskiego sukcesu w unijnych strukturach odczuwałam wątpliwości co do faktycznego zaangażowania w polskie sprawy, polskie problemy.
Teraz wątpliwości już nie mam. Jacek Saryusz-Wolski nie myśli już o dobrym obrazie Polski w unijnych strukturach. Na ten obraz pracował nie tylko obecny kandydat polskiego rządu na stanowisko szefa Rady Unii Europejskiej, ale setki, tysiące polityków, dziennikarzy, lobbystów. Dziś ten pozytywny wizerunek, budowany przez kilkanaście minionych lat, szybko zmienia się w jednoznacznie krytyczny, który przynosi dyshonor Polakom, którzy mieli nadzieję na lepsze, bardziej sprawiedliwe, życie w poszerzonej Unii Europejskiej. Jacek Saryusz-Wolski wiele mówił i ostrzegał przed wizją „Europy dwóch prędkości”, która była jednym ze scenariuszy na przyszłość poszerzonej UE. Dziś sam staje się niechlubną twarzą tej niekorzystnej dla Polski wizji. Panie Jacku, Panie Ministrze, Panie Przewodniczący, Panie Europośle – dlaczego? Ale wiem, że tym razem to pytanie pozostanie już bez odpowiedzi.

Rafał żegnaj… gdyby można było cofnąć czas…

Wiadomość o zaginięciu, a potem informacja o znalezieniu martwego Rafała Szostaka, wieloletniego kolegi, dziennikarza, bardzo mną wstrząsnęła. O jego poszukiwaniach i ich tragicznym finale rozpisywały się portale, także ogólnopolskie, ale również dziennik, w którym Rafał spędził wiele pięknych lat zawodowego życia – „Dziennik Wschodni”.
Rafała poznałam wiele lat temu, w czasie kursu dziennikarskiego, który organizował dla wszystkich zainteresowanych, ówczesny „Dziennik Lubelski”. Każdy z kilkudziesięciu uczestników intensywnego, kilkumiesięcznego szkolenia, miał swoje plany i marzenia związane z zawodem dziennikarza. Rafał chciał pisać o ekologii i to mu się udało – już jako dziennikarz związał się na długie lata z „Dziennikiem Lubelskim”, późniejszym „Dziennikiem”, a obecnie „Dziennikiem Wschodnim”. Spotykaliśmy się w redakcji często – byłam aktywnym współpracownikiem, a Rafał – jeżeli nie zbierał właśnie materiałów do kolejnego artykułu – pisał kolejny tekst. Wspólnie napisaliśmy kilka artykułów – o ekologii, w tym o Poleskim Parku Narodowym, gdzie jeździliśmy z Czytelnikami „Dziennika Wschodniego”. Wspólnie z Czytelnikami spacerowaliśmy wokół Zalewu Zemborzyckiego – na spacer Rafał zabrał wtedy Asię, swoją małżonkę, która oczekiwała wówczas ich pierwszego dziecka. Do dziś pamiętam tytuł naszej relacji z wyprawy – „Floryda, ptaki i naturyści”. To był tytuł wymyślony przez Rafała, który oddawał doskonale sedno naszego spaceru, ale także charakteru i umiejętności dziennikarskich mojego Kolegi – potrafił doskonale spuentować nawet najbardziej „skomplikowany”, wielowątkowy artykuł. Pamiętam, że Rafał odebrał kiedyś telefon od Czytelniczki, której nie spodobał się mój artykuł. Gdy mi o tym powiedział – nie było mi miło. Ale On od razu mnie pocieszył: „Nie martw się, niezadowoleni Czytelnicy są wkalkulowani w nasz zawód, musisz się z tym liczyć, każdy z nas miał takie sytuacje – nasze teksty nie mogą podobać się wszystkim, a jeżeli jest jakikolwiek odzew – to dobrze”.
Nasze dziennikarskie drogi rozeszły się, gdy ja rozpoczęłam pracę dla innej gazety, a Rafał pozostał w macierzystej Redakcji. Ale znajomymi, którzy razem stawiali pierwsze kroki w zawodzie – nie przestaliśmy być nigdy. Spotykaliśmy się – przypadkowo – w różnych, trudnych, ale i lepszych momentach życia. Wiedziałam, że Rafał odszedł z Redakcji i szukał pomysłu na siebie – ukończył kurs spawacza i wyjechał do Holandii. Było mi Go żal – kochał dziennikarstwo, ale musiał myśleć o rodzinie i tym, by ją utrzymać. Po kilku latach – powrócił i zaangażował w pracę nauczyciela, która – jak mi się wydawało – dawała mu satysfakcję i zawodowe spełnienie. Kilkanaście miesięcy temu spotkaliśmy się – jakżeby inaczej, przypadkowo – na jednej z ulic dzielnicy Czuby. Rafał mieszkał tam z rodziną, sprawiał wrażenie zadowolonego, ale i – głodnego nowych wyzwań. Planował doktorat w UMCS, ale chciał też spróbować swoich sił w działalności pozarządowej. Wymieniliśmy numery telefonów komórkowych, obiecaliśmy dzwonić do siebie, może spotkać się, porozmawiać… Rafał zadzwonił do mnie jakiś czas temu, rozmawialiśmy krótko – byłam mocno zajęta, zestresowana, miałam odezwać się… No i – w ferworze spraw zapomniałam… Teraz wiem, że Rafał miał problemy, chciał porozmawiać, może poradzić się, może pożalić…
W ubiegłym roku, także w lutym, pisałam o tym, jak ważni są przyjaciele, jak ważny jest poświęcony im czas… „Czas, który jest równie cenny jak życie”, pisałam we wpisie poświęconym walce z depresją. Mam nadzieję, że Rafał nie walczył z tą podstępną chorobą. Chociaż – przyczyna jego odejścia jest dziś sprawą drugorzędną – nic mu już życia nie wróci. Pozostaje smutek i żal – gdyby można było cofnąć czas…

Transplantacja – bo każdy z nas może być biorcą

Tytuł mojego dzisiejszego wpisu jest przewrotny. Praktycznie każdy z nas może być dawcą – co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości. Wystarczy podpisać deklarację woli i poinformować rodzinę, by uszanowano naszą decyzję, gdy przyjdzie czas… Ale biorcą? No właśnie – biorcą. Nie wiadomo kiedy może okazać się, że nagle zagrożone życie – nasze lub naszych najbliższych – może zostać uratowane tylko dzięki wyrażonej zgodzie – najczęściej obcych nam ludzi – na przeprowadzenie przeszczepu konkretnego narządu. W sytuacji gdy nic nam nie dolega nie myślimy o tym, bo po co. Ale co stanie się wtedy, gdy będziemy potrzebować pomocy?
Dzisiaj obchodzony jest w naszym kraju Ogólnopolski Dzień Transplantacji. Dokładnie 51 lat temu w warszawskim szpitalu odbył się pierwszy udany przeszczep nerki. Przez kilkadziesiąt lat, dzięki transplantacjom, nie tylko nerek, ale także wątroby, trzustki, czy płuc, udało się uratować tysiące ludzkich istnień. Każdy kolejny rok przynosi medyczne sukcesy w zakresie transplantologii, ale także – wyzwania, takie jak np. przeszczep krzyżowy dwóch niespokrewnionych ze sobą par. Jednak to, co najważniejsze w transplantologii to promocja idei dawstwa narządów. Lekarze są przygotowani na przeprowadzanie operacji ratujących życie, jednak bez społecznej świadomości i akceptacji dla przeszczepów, niewiele uda się zrobić. Dlatego – zamiast stawiać się w roli potencjalnego dawcy – oczywiście bardzo chwalebnej i ważnej – spróbujmy dzisiaj pomyśleć o tym, co by było, gdybyśmy to my, teraz, zaraz, ale może za miesiąc, rok, stali się tymi, którzy potrzebują pomocy i przeszczepu – biorcami.
Kiedy kilka lat temu pisałam jeden z pierwszych artykułów prasowych na temat transplantacji i zbierałam materiały do tekstu w jednym z lubelskich szpitali, młoda dziewczyna, z przeszczepioną kilka dni wcześniej nerką poprosiła mnie: „Niech pani nie przestaje pisać o transplantacji. To ważne nie tylko dla nas, leżących tu w szpitalu po udanych przeszczepach, ale dla wszystkich tych, którzy transplantacji zawdzięczają życie”. Czy nie łatwiej dziś podjąć decyzję o podpisaniu szlachetnej deklaracji woli, gdy uświadomimy sobie, że każdy z nas może być przecież biorcą…?

Parlament Europejski z polskimi wiceprzewodniczącymi

kkwywiad1Dzisiaj we francuskim Strasbourgu, w czasie sesji Parlamentu Europejskiego, wybrani zostali nowi wiceprzewodniczący. Wśród czternastu zastępców przewodniczącego znalazło się dwóch Polaków: Bogusław Liberadzki, europoseł z ugrupowania Socjalistów i Demokratów oraz Ryszard Czarnecki, członek prezydium Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Bardzo się cieszę, że obaj przedstawiciele polskich partii, SLD i PiS, znaleźli się obok siebie, otrzymując te zaszczytne funkcje. I nie chodzi tylko o to, że reprezentują oni dwie skrajnie różne polskie partie polityczne. Panowie bardzo się szanują, myślę, że doskonale współpracują, „ponad podziałami”, co podkreślił dwa lata temu w kuluarowej rozmowie z polskimi dziennikarzami Ryszard Czarnecki, który wówczas również był wiceprzewodniczącym PE. Mam wielką satysfakcję, że obu obecnych wiceprzewodniczących poznałam dwa lata temu, podczas pobytu w Parlamencie Europejskim. I miałam zaszczyt przeprowadzić z nimi wywiady dla ogólnopolskich pism. Z Ryszardem Czarneckim rozmawiałam m.in. o Partnerstwie Wschodnim i współpracy z Ukrainą, natomiast z Bogusławem Liberadzkim – m.in. o czwartym pakiecie kolejowym i ówczesnej inwestycji polskich kolei w składy Pendolino. Moja rozmowa z obecnym wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego, opublikowana na łamach Kuriera Kolejowego do dziś jest na stronie internetowej B. Liberadzkiego.
Bardzo bym chciała, by dobre relacje między wiceprzewodniczącymi PE stały się początkiem dobrej współpracy właśnie „ponad podziałami”, w naszym kraju. Obaj politycy będą mieli wiele możliwości reprezentowania PE poza granicami UE. Głęboko wierzę w to, że uda im się, jako Polakom, naprawić to, co zostało mocno w UE nadszarpnięte – szacunek i zaufanie do naszego kraju. Bo tego właśnie – wzajemnego szacunku i zaufania dziś nam potrzeba najbardziej.

Innowacyjne pomysły dla odpowiedzialnego rozwoju

Wczoraj w Centrum Projektów Europejskich w Warszawie odbyło się uroczyste podpisanie umowy o dofinansowanie projektu kształcenia lekarzy w zakresie m.in. endoskopii. W obecności m.in. Jerzego Kwiecińskiego, Sekretarza Stanu w Ministerstwie Rozwoju umowę podpisali dyrektorzy Centrum Projektów Europejskich i Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego. Lekarze będą podnosić kwalifikacje w oparciu o innowacyjne techniki symulacji medycznej, czyli – z wykorzystaniem fantomów. Co ciekawe – projekt ma charakter ponadnarodowy, bo w przedsięwzięciu, w roli partnera biorą udział naukowcy i ośrodki naukowo-dydaktyczne z Holandii. To właśnie holenderscy specjaliści są europejskimi liderami w projektowaniu rozwiązań edukacyjnych w zakresie symulacji medycznej dla systemu kształcenia podyplomowego lekarzy.
Uważny Czytelnik zapyta: „Po co o tym piszesz, skoro na pewno informują o tym media?“. Otóż – nie do końca. Z satysfakcją muszę napisać, że znalazłam się w niewielkim, ale bardzo zacnym gronie dziennikarzy i ekspertów, którzy uczestniczyli w krótkim spotkaniu i konferencji. I – co dla mnie było kompletnym zaskoczeniem – zostałam poproszona o wypowiedź – przed szacownym gremium – na temat moich doświadczeń jako eksperta w zakresie projektów i jednocześnie dziennikarki. Gdybym wcześniej wiedziała o tym „niecnym“ planie Pana Rzecznika Prasowego, z pewnością przygotowałabym krótkie wystąpienie, a tu – zostałam poproszona, z imienia i nazwiska, o prezentację swojego stanowiska. Nie ukrywam, że było to miłe doświadczenie, ale także – coś więcej. Okazuje się, że moja dotychczasowa, kilkuletnia już, współpraca z CPE jest ceniona przez Dyrekcję Centrum, stąd to „wywołanie do odpowiedzi“.
W czasie swojego krótkiego wystąpienia pogratulowałam inicjatywy, doskonałej koordynacji prac zespołu projektowego, podkreśliłam znaczenie projektu dla rozwoju medycyny, ale także współpracy międzynarodowej – wreszcie – zapewniłam, że będę z uwagą przyglądać się realizacji działań tego innowacyjnego, w skali naszego kraju, projektu, co spotkało się z konkretną, pozytywną reakcją ze strony przedstawiciela Ministerstwa Rozwoju. Cieszę się, że – nieoczekiwanie dla siebie – mam swój udział w promocji przedsięwzięcia. I jeszcze raz dziękuję Dyrekcji Centrum Projektów Europejskich za zaproszenie.