Dobra z(a)miana w Bydgoszczy

Na początku ubiegłego roku napisałam w jednym z moich wpisów o pierwszym w Polsce przeszczepie krzyżowym, który miał miejsce w jednym z warszawskich szpitali. Dzisiaj wracam do tego tematu, bo w Bydgoszczy przeprowadzono niedawno kolejny, drugi w Polsce, udany przeszczep, z udziałem dwóch par małżeńskich. A dawczynie i biorcy właśnie wracają do domów.
Choć początkowo obie pary rozważały możliwość przeszczepu rodzinnego, okazało się, że brak jest koniecznej zgodności tkankowej, niezbędnej do przyjęcia nowego narządu przez organizm biorcy. Na szczęście udało się znaleźć dawców, a raczej – dawczynie, ze zgodnością tkankową, obie panie to żony biorców. Panie przekazały więc nerki wzajemnie swoim mężom. I deklarują zgodnie, że będą utrzymywać ze sobą stały kontakt, bo przecież stali się sobie – one i ich współmałżonkowie – bardzo bliscy.
To piękna historia, szkoda jednak, że dopiero druga, bo to drugi przeszczep krzyżowy od ponad roku. Kiedy kilka miesięcy temu miałam możliwość rozmowy z lekarzem, który był w zespole transplantologów, przeprowadzających pierwszy przeszczep krzyżowy w Warszawie, pan profesor bardzo sceptycznie wypowiadał się co do kolejnych tego typu operacji. Według mojego rozmówcy (który nie chciał, bym publikowała Jego nazwisko, bo przeszczep krzyżowy to sukces całego zespołu, nie jednej osoby) brakuje dawców, którzy mogliby ofiarować swoją nerkę, bo biorców wciąż jest więcej niż potencjalnych możliwości przeszczepu.
Dziś, gdy kolejny przeszczep krzyżowy stał się faktem – i to nie w Warszawie, a w Bydgoszczy – jest szansa, że takich, udanych, operacji będzie jednak w naszym kraju systematycznie przybywać. Wartością dodaną bydgoskiego przeszczepu może być fakt, że pary małżeńskie, które wymieniły się nerkami, pochodzą z Bydgoszczy i Torunia. Nie od dziś wiadomo, że mieszkańcy tych obu miast niekoniecznie pałają do siebie sympatią. Za sprawą udanego przeszczepu krzyżowego jest szansa na zmianę. Dobrą zmianę w relacjach między społecznościami Bydgoszczy i Torunia. I zmianę w podejściu naszego społeczeństwa do tego typu operacji, ratujących życie.

Od Singera do Erasmusa. Od Sztukmistrza do pilota

Chełm, ok. 60 km od mojego rodzinnego Lublina, od lat kojarzy mi się z opowieścią Icchaka Bashevisa Singera, pt. „Sztukmistrz z Lublina”. Główny bohater, Jasza Mazur, wbrew tytułowi, był mieszkańcem Chełma, ale często gościł w Lublinie. Singer na kartach opowieści opisał Chełm jako „miasto głupców”, choć z drugiej strony – słowami Jaszy – mówił, że: „wszystkie drogi prowadzą do Chełma” oraz „cały świat to jeden wielki Chełm”. Całkiem niedawno odkryłam Chełm, nie tylko jako wyjątkowo ważne miejsce historii i kultury, ale także – a może przede wszystkim – edukacji. I mam tu na myśli nie tylko Muzeum Regionalne w Chełmie, które doskonale wypełnia swoją misję, ale Państwową Wyższą Szkołę Zawodową, która – ucząc studentów – jednocześnie daje im możliwość wymiany doświadczeń edukacyjnych z kolegami z innych państw, za sprawą realizacji unijnego Programu Erasmus +.
Okazuje się, że studenci z Chełma coraz chętniej korzystają z wyjazdów zagranicznych, co z kolei motywuje Władze Uczelni do podejmowania aktywnej współpracy z kolejnymi krajami, w ramach Programu Erasmus +. – Z roku na rok realizujemy coraz więcej mobilności, a do grona wyjeżdżających dołączają także pracownicy naukowi oraz administracyjni naszej Uczelni – powiedział mi Pan Kamil Jaszczuk, koordynator Programu Erasmus w PWSZ w Chełmie. Ale nie tylko liczba wyjazdów, rosnąca z roku na rok, może być powodem do zazdrości ze strony innych szkół wyższych w naszym kraju. Wyjazdy przynoszą konkretne efekty, w postaci nawiązanych nowych partnerstw np. z firmami, które zatrudniają późniejszych absolwentów PWSZ. Chełm, jako jedno z kilku miast Lubelszczyzny, regionu należącego do tzw. Ściany Wschodniej, czy – jak mówią złośliwi, strefy buforowej UE – nie miał dotąd wielu szans na rozwój. Historia i turystyka to za mało, by przyciągnąć do miasta inwestorów, a mieszkańcom – dać miejsca pracy. Dlatego władze Uczelni, chcąc rozwijać potencjał studentów i dać im – ale także pośrednio sobie, jako mieszkańcom miasta – szansę na lepszą przyszłość postanowiło efektywnie korzystać z szans, jakie daje UE, poprzez taki Program, jak Erasmus +. Studenci i pracownicy, tak naukowi jak i administracyjni, wyjeżdżają do Czech, Słowacji, Węgier i Niemiec, ale także Portugalii, Chorwacji, Wielkiej Brytanii, Turcji i Finlandii. I nie ma tu – wbrew pozorom – mowy o wyjazdach, zwanych turystycznymi, choć Chorwacja, czy Portugalia kojarzą się z letnim wypoczynkiem. Wszyscy uczestnicy mobilności, po powrocie z wyjazdów, dzielą się zdobytym doświadczeniem, nie tylko wśród studentów i pracowników Uczelni, ale także – poza nią. – Chętnie bierzemy udział w spotkaniach, organizowanych przez samorząd czy organizacje pozarządowe i przekonujemy je do tego, że współpraca międzynarodowa to nasza szansa i możliwość poprawy wizerunku – nie tylko Uczelni – ale przede wszystkim – naszego miasta – mówi Kamil Jaszczuk.
Mobilność ma dwie – dobre – strony. Bo nie tylko osoby, związane z PWSZ mogą wyjeżdżać za granicę. Do Chełma przyjeżdżają przedstawiciele zagranicznych firm i szkół wyższych, którzy chętnie nawiązują – po zakończeniu swoich wizyt studyjnych – długofalową współpracę z Uczelnią. Efekty to wspólne przedsięwzięcia badawczo-rozwojowe. Ale także bogate plany – na współpracę przy tworzeniu aplikacji do Programu Horyzont 2020, na rzecz badań i innowacji. – Widzimy tu kolejną szansę dla siebie – przekonuje dr Beata Fałda, Prorektor PWSZ w Chełmie.
Przykładów nie trzeba szukać daleko. W ramach Programu Erasmus + studenci pilotażu wyjeżdżają na praktyki zawodowe, na lotniska zagraniczne, najczęściej do Słowacji (Żylina). – Nasi studenci są bardzo zadowoleni z praktyk, a dają temu wyraz w ankietach, wypełnianych w systemie Narodowej Agencji Programu Erasmus (Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji) – zapewnia koordynator Programu w PWSZ. Ale zadowolenie i dobra opinia to niewiele, w porównaniu do wymiernych efektów, pracy – którą podejmują po zakończeniu studiów – w znanych międzynarodowych firmach lotniczych. Ryanair, Wizzair, PLL LOT, Enter Air, Easy Jet, Katar Air, Sprinter Air, Small Planet – to wybrane linie lotnicze, które zabiegają o absolwentów z Chełma.
Ale nie tylko przyszli piloci korzystają z mobilności w ramach Programu Erasmus +. Także studentki z kierunku pedagogika chętnie wyjeżdżają do innych krajów, by podpatrywać najnowsze metody pracy z dziećmi i młodzieżą. Doświadczenie, uzyskane w czasie mobilności, wykorzystują w późniejszej pracy zawodowej – w szkołach i przedszkolach, nie tylko w Chełmie, ale także regionie lubelskim. – Utrzymujemy kontakt z naszymi absolwentami, dzięki programowi monitorowania ich dalszych losów, po zakończeniu edukacji – mówi Prorektor Beata Fałda.
Cieszy bardzo fakt, że wysiłki Władz i pracowników chełmskiej Uczelni zyskały akceptację i wysoką ocenę ze strony Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji – Narodowej Agencji ds. Programu Erasmus +. Uznanie to nie tylko wyższe – z roku na rok – fundusze na zwiększoną liczbę mobilności, ale przyznanie nominacji do nagrody Eduinspiracje 2016, za realizację Programu Erasmus +. To kolejna szansa, którą zyskuje Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w Chełmie. Bo niezależnie od tego, czy otrzyma nagrodę, czy nie – wysiłki Władz i pracowników zostały już dostrzeżone. Dlatego dla mnie Chełm, choć na kartkach opowieści noblisty ma niejednoznaczne, nieco negatywne oblicze, ma ocenę doskonałą. Za sprawą działań Uczelni, której następnym edukacyjnym przedsięwzięciom będę z radością kibicować i trzymać kciuki za kolejne sukcesy i nagrody – tym razem już w Brukseli.

Przesłanie z Rio

Kilka dni temu świat obiegła informacja o poważnym wypadku jednego z trenerów niemieckiej kadry olimpijskiej. Niedługo potem okazało się, że młody człowiek zmarł. Tragiczna wiadomość z Rio szybko ustąpiła miejsca innej – pięknej, choć mimo wszystko opartej o dramat młodego człowieka i jego rodziny. Okazało się, że bliscy podjęli decyzję o przekazaniu czterech narządów – serca, wątroby i dwóch nerek – do przeszczepu. Dzięki tej decyzji cztery osoby w stanie krytycznym otrzymały szansę na nowe życie.
Ta informacja przypomniała mi inną, z naszego kraju. Dziennikarka regionalnego radia w Poznaniu interesowała się tematyką transplantacji i przygotowywała na ten temat wiele reportaży i audycji publicystycznych. Nieoczekiwanie trafiła do szpitala i po kilku dniach zmarła. Deklaracja woli, którą wypełniła kobieta przy okazji prowadzonej przez siebie akcji informacyjnej, pozwoliła na pobranie narządów i uratowanie trzech osób. Do akcji promocji transplantacji po śmierci koleżanki włączyli się inni dziennikarze z Poznania, opisując nie tylko przykład swojej koleżanki, ale przede wszystkim pokazując, jak wielkie znaczenie może mieć nie tylko słowo, ale działanie, które przynosi konkretne efekty – ratuje życie.
Tydzień temu w ogólnopolskiej telewizji przedstawiciele Poltransplantu i Śląskiego Centrum Chorób Serca mówili o trudnej sytuacji w zakresie przeszczepów serca u dzieci. W tym roku wykonano dopiero jeden przeszczep, a potrzeby są wielokrotnie większe. Istotna jest promocja transplantacji, także dotycząca dzieci. Mam pomysł na konkretne działanie, ale zanim je opiszę, muszę skontaktować się z Poltransplantem i Śląskim Centrum Chorób Serca. Ale obiecuję, że o efektach moich rozmów i samym pomyśle poinformuję moich Czytelników. A na razie – trzymajcie kciuki za powodzenie mojej inicjatywy!

Kolej Nadwiślańska – dziś rocznica otwarcia…

1405_dworzeckolejowy_6Tak się jakoś składa, że sierpień obrodził w rocznice, ważne dla Lublina. Ale przede wszystkim – istotne dla rozwoju miasta. 17 sierpnia 1877 roku uroczyście otwarto linię kolejową z Mławy do Kowla, której trasa wiodła przez Warszawę, Lublin i Chełm. Nazwana została Koleją Nadwiślańską i była drugą, co do ważności trasą kolejową, po Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, otwartej w 1845 roku. Co ciekawe, uważny czytelnik znajdzie dwie daty otwarcia Kolei – 17 albo 29 sierpnia. Skąd ta różnica? Z rozbieżności, wynikających z kalendarzy – zgodnie z juliańskim jest to 17 sierpnia, a prawosławnym, „opóźnionym” o 12 dni, 29 sierpnia.
Kolej Nadwiślańska „przywiozła” do Lublina gospodarczy i kulturalny rozwój. Choć podróż trwała kilka godzin, trwała znacznie krócej niż przykładowo dyliżansem. Podróżni jechali w wagonach od pierwszej do czwartej klasy, przedziały wyższych klas były dzielone na damskie i męskie. Pociągami Kolei Nadwiślańskiej przyjeżdżali do Lublina artyści, dziennikarze, przedsiębiorcy, politycy. Miasto zaczęło się dynamicznie rozwijać.
Kolej „przywiozła” do Lublina nie tylko rozwój, ale także budynek dworca w stylu, w jakim budowano większość stacji Nadwiślanki. Dworce typu dworkowego do dziś można podziwiać w drodze do Warszawy, w Sadurkach, Gołębiu czy Klementowicach. Lubelski dworzec, kilkakrotnie przebudowywany, stracił swój pierwotny styl. Zmiany wymusiła szybko rosnąca liczba pasażerów, ale to akurat wyszło miastu na dobre.
Dziś do Lublina dawną Nadwiślanką jeżdżą nowoczesne składy elektryczne i pociągi, rozwijające miejscami prędkość do 140 km/h. Trudno dziś wyobrazić sobie rozwój miast i życie mieszkańców bez kolei. Dobrze, że jeszcze w XIX wieku ówcześni politycy podjęli tę ważną decyzję – o budowie Nadwiślanki, łącząc Lublin z większymi miastami. Szkoda, że zdjęcia przedstawiające lubelski dworzec pochodzą dopiero z początku XX wieku. Ale dobrze, że są. Ilustracją mojego wpisu jest pocztówka z archiwum Ośrodka „Brama Grodzka-Teatr NN”. Naprawdę, mamy, jako lublinianie, powody do dumy.

Urodziny Lublina. Miasto (prawie) spełnionych marzeń

IMG_242815 sierpnia 1317 roku Lublin otrzymał lokację zgodnie z prawem magdeburskim, stając się miastem. Dzisiaj obchodzimy kolejną rocznicę tego faktu, a w przyszłym roku minie już 700 lat od tego historycznego wydarzenia. Myślę, że mamy, jako mieszkańcy, powody do dumy, bo miasto – choć nie otrzymało tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016 – faktycznie jest miejscem, w którym liczne działania artystyczne są doskonałą promocją, nie tylko turystyczną, ale także – motorem napędowym lokalnej gospodarki. Do Lublina coraz chętniej przyjeżdżają przedsiębiorcy z różnych krajów świata, np. z Chin, Indii czy Izraela, w poszukiwaniu szans na rozwój własnych biznesów. Politycy, obecni i byli, chętnie przyznają się do rodzinnych związków z naszym miastem. Choćby były Minister Gospodarki i były długoletni parlamentarzysta Jacek Piechota, który – obecnie jako Prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej i przedsiębiorca – często odwiedza Lublin, uczestnicząc w konferencjach i spotkaniach biznesowych oraz pośrednicząc w kontaktach gospodarczych z Ukrainą. Albo były komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski, obecnie europarlamentarzysta, który urodził się i przez 18 lat mieszkał w Lublinie, który odpowiada na każde zaproszenie z naszego miasta, dzieląc się swoim bogatym doświadczeniem. Coraz chętniej przyjeżdżają do nas studenci z zagranicy, którzy upatrują tu szans na zawodową przyszłość. Dzięki funduszom unijnym rozbudowywana jest m.in. infrastruktura badawcza, sportowa i drogowa.
Ale nie wszystko jest, niestety, tak pięknie, jak mogłoby być. Żal likwidacji Cukrowni Lublin, z powodu limitów cukru narzuconych swego czasu przez Komisję Europejską (dziś limitów już nie ma…), ale także lubelskiej lokomotywowni… Choć w przypadku lokomotywowni jest szansa na powstanie muzeum historii, związanego z lubelskimi strajkami lipca 1980 roku. Prezydent Krzysztof Żuk, kilka tygodni temu zapewniał, w czasie kolejnej rocznicy lubelskich strajków kolejarzy, że muzeum powstanie na jubileusz 700-lecia Lublina. Więc już za rok dawna lokomotywownia powinna zyskać nowy, atrakcyjny wygląd i stać się ważnym miejscem na kulturalnej i historycznej mapie naszego miasta. Jako ilustrację do tego wpisu postanowiłam załączyć zdjęcie fragmentu dawnych zabudowań lubelskiej lokomotywowni. Oby w przyszłym roku fotografia była już tylko częścią bogatej dokumentacji historycznej dawnego królewskiego miasta o nazwie Lublin. Miasta, z którego powinniśmy być – pomimo wszystko – dumni.

Lubelski czakram

www199Dzisiaj przypada piękna rocznica ukończenia średniowiecznych fresków w kaplicy Trójcy św. na lubelskim Zamku. 10 sierpnia 1418 roku Mistrz Andrzej i dwóch jego, nieznanych z imienia, pomocników, zakończyło prace nad polichromią, która do dziś zachwyca wielu a Lublin sytuuje wśród jedynie kilku miast Polski z tak wspaniałą dekoracją. Wyjątkowość malowideł jest równie ważna i ciekawa, jak i sam fakt umieszczenia daty zakończenia prac, na części łuku tęczowego świątyni. W średniowieczu twórczość artystyczna była anonimowa, dlatego fakt „podpisu” Mistrza Andrzeja pod dziełem sam w sobie jest już unikalny. A jeżeli dodamy jeszcze do tego informację, że fundator fresków, król Władysław Jagiełło postanowił uwiecznić dwukrotnie swoje oblicze – jako władca, który podjął się misji chrystianizacji, ale także zwykły człowiek, popełniający grzechy – mamy naprawdę wyjątkowe, historyczne miejsce. Dla mnie jest jeszcze jeden powód, który stanowi o unikalności miejsca – fakt istnienia czakramu, czyli miejsca, gdzie można poczuć dobrą energię, wprost z wnętrza Ziemi. W średniowieczu budynki sakralne wznoszone były w miejscach z „dobrą energią”. Czakram „bije” także w bazylice oo. Dominikanów, ale również na Wawelu w Krakowie. Istnienie dobrej energii jest udowodnione naukowo, pozostaje więc wybrać się na spacer do Muzeum Lubelskiego i odnaleźć to wyjątkowe miejsce, w kaplicy, gdzie można ją poczuć. Dobrym pretekstem do odwiedzin jest rocznica ukończenia prac nad freskami. Właśnie dzisiaj. Zapraszam więc do Muzeum na Zamku w Lublinie. Bo to miejsce jest naprawdę wyjątkowe…

Monachium…

…nic nie będzie tu już takie samo. Kilka lat temu byłam w stolicy Bawarii, w ramach podróży studyjnej dla polskich dziennikarzy. W wolnym czasie, wraz z koleżanką, wybrałyśmy się na plac przed ratuszem miejskim – akurat trwał tam koncert jakiegoś zespołu. Koleżanka poprosiła, żebym poczekała na nią i … zanim cokolwiek zdążyłam powiedzieć – zniknęła w tłumie bawiących się. Byłam przerażona – obce miasto, koncert, a ona – dziennikarka, fotoreporterka, z wysokiej klasy aparatem fotograficznym, sama prosiła się o kłopot. Oczywiście miałam na myśli kradzież drogiego sprzętu. Kiedy kilka minut później Agnieszka uśmiechnięta pojawiła się znowu przy mnie – nic złego się nie stało. – Wiesz co się mogło stać? – miałam do niej pretensje. – Przecież ktoś mógł wyrwać ci z ręki aparat… Agnieszka przestraszyła się trochę, przeprosiła mnie – faktycznie, nie pomyślałam… Wieczorem, w ramach naszego programu pobytu w Monachium, mieliśmy spotkanie przy kolacji z przedstawicielem władz miasta. – Nie będę mówił Państwu o zabytkach, bo część na pewno odwiedzicie, nie będę opowiadał o gospodarce, bo macie w planach wizyty w firmach z tutejszej „Doliny Krzemowej”, powiem tylko, że możecie chodzić po mieście o każdej porze dnia i nocy i nic wam się nie ma prawa stać. Tutaj nie ma kradzieży, rozbojów. To bezpieczne miasto…
Dla mnie była to najlepsza promocja miasta. Zresztą kilka dni później znowu miałam okazję przekonać się, że Monachium to wyjątkowo przyjazne i miłe miasto. Agnieszka namówiła mnie na przejazd metrem pod stadion Allianz Arena. Znowu chciała zrobić zdjęcia do swojego czasopisma. Był już czerwcowy późny wieczór. W drodze powrotnej, w wagonie kolejki podróżowali kibice piłkarscy – właśnie skończył się na stadionie mecz. Żeby było ciekawiej – z jednej strony wagonu jechali „gospodarze”, z drugiej – „goście”. Byłam pewna, że zaraz zacznie się awantura, wyzwiska. Tymczasem – po obu stronach wagonu kibice śpiewali, w zasadzie był to „pojedynek na głosy”. A gdy jedna grupa wysiadła na kolejnym przystanku – druga przyjaźnie machała przez okna, żegnając kolegów-kibiców przeciwnej drużyny… To było wyjątkowe doświadczenie. Po powrocie do Lublina umówiłam się na rozmowę z ówczesnym dyrektorem Biura Promocji Miasta, by porozmawiać o tych pozytywnych doświadczeniach i zachęcić do zwiększenia działań dotyczących bezpieczeństwa, nie tylko mieszkańców, ale także turystów, bo ci, zwłaszcza z zagranicy, nie mogli czuć się bezpiecznie, zwłaszcza na Starym Mieście… Na szczęście, przez kilka kolejnych lat, wiele w Lublinie zmieniło się. Na plus. Szkoda, że nie można dziś tego powiedzieć o stolicy Bawarii. Od wczoraj Monachium nie jest już takie samo. Wiele czasu musi upłynąć, by mieszkańcy i turyści mogli znowu poczuć się tu bezpiecznie. Na pewno jednak nic nie będzie już tu takie samo…

Tu, gdzie była lokomotywownia, powstanie muzeum…

Dzisiaj w Lublinie, na terenie byłej lokomotywowni, przedstawiciele władz rządowych i samorządowych oraz kolejarze świętowali kolejną – 36. rocznicę strajków kolejarskich. „Stąd ruszyła lawina…” – śpiewał w ubiegłym roku, w Gdańsku Krzysztof Cugowski, a piosenka stała się pewnego rodzaju motywem przewodnim lubelskich obchodów. Ulewny deszcz był dzisiaj nieodłącznym towarzyszem rocznicowej mszy i okolicznościowych przemówień. Ci, dla których miejsca nie wystarczyło pod specjalnymi namiotami, chowali się pod daszkami dawnych zabudowań należących do lokomotywowni. Zbudowane z cegły budynki otwierane są już tylko z okazji rocznicowych uroczystości, szkoda, że niszczeją…
Na szczęście nie martwiłam się długo stanem zabytkowych obiektów. Jeden z mówców, prezydent Krzysztof Żuk, dziękując uczestnikom wydarzeń sprzed 36 lat na lubelskim węźle kolejowym obiecał, że jest już po rozmowach z przedstawicielami Zarządu PKP SA i na przyszłoroczne obchody 700-lecia Lublina powstanie tu – na terenie dawnej lokomotywowni – muzeum, w którym młodzi ludzie będą uczyć się o historii tego miejsca „skąd ruszyła lawina”. To naprawdę dobra wiadomość. Dla mnie, entuzjastki kolei, jest ona szczególnie ważna – w ubiegłym roku odwiedziłam kompleks dawnych budynków lokomotywowni, oprowadzana przez jednego z uczestników kolejarskich strajków. Pytałam wówczas prezydenta Żuka o przyszłość tego miejsca – nie miał wówczas dobrych informacji. Rozmowy z władzami PKP przeciągały się w nieskończoność, nie było widać „światełka w tunelu”. Dzisiaj już wiadomo, że muzeum powstanie. Muzeum, w którym główną myślą będzie przesłanie solidarności ponad podziałami. Takiej, jaką dzisiaj można było poczuć podczas uroczystości rocznicowych – a której wyrazem są także życzliwość i empatia – miałam okazję doświadczyć ich dziś od nieznajomych kolejarzy wielokrotnie. Pomimo deszczu to był naprawdę miły dzień…

Lubelszczyzna po Brexit

Decyzja większości Brytyjczyków, związana z wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, będzie miała wpływ nie tylko na sytuację polityczno-gospodarczą Wspólnoty, ale także na poszczególne jej regiony, w tym Lubelszczyznę, wciąż jeden z najsłabiej rozwiniętych obszarów UE. Bo to z Lubelszczyzny właśnie do Wielkiej Brytanii, głównie w poszukiwaniu pracy, wyjeżdżają mieszkańcy regionu. Jak powiedział mi rzecznik prasowy Portu Lotniczego Lublin zainteresowanie lotami wzrasta a liczba pasażerów stale się zwiększa, podobnie jak liczba lotów do Londynu (Luton i Stansted), Doncaster Sheffield i Glasgow. Do Londynu Luton w sezonie letnim samoloty z Lublina odlatują codziennie. Piotr Jankowski zapewnia, że w każdym samolocie wykupionych jest przeciętnie 90 proc. biletów, a w sezonie letnim, który właśnie się rozpoczął, pasażerowie zajmują ok. 95-96 proc. miejsc.
Nie można jednoznacznie stwierdzić, ilu lublinian pracuje w Wielkiej Brytanii – dane z przeprowadzonego w 2011 roku Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań wskazują, że liczba emigrantów przebywających za granicą czasowo, powyżej 3 miesięcy, w Wielkiej Brytanii to dokładnie 41 820 osób. Z informacji Urzędu Statystycznego w Lublinie wynika, że liczba migracji zagranicznych na pobyt stały do Wielkiej Brytanii to zaledwie 161 osób w 2012 roku, 352 osoby rok później i 287 w 2014 roku. Za ubiegły rok brak jest danych. Pobyt czasowy powyżej sześciu miesięcy zadeklarowało w kolejnych latach 2012 do 2015 – 699, 785, 760 i 602 osoby. Te liczby nie robią wrażenia… Bo mieszkańcy i ich rodziny często – z różnych przyczyn, np. by nie tracić zasiłku, renty lub od niedawna, 500 plus – decydują się nie zgłaszać faktu dłuższego wyjazdu do odpowiednich instytucji.
Komisja Europejska i Rada UE chcą, by Brexit odbył się jak najszybciej. Z pewnością fakt wyjścia Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty będzie miał wpływ na popularność migracji zarobkowej Polaków, głównie lublinian. Zmienią się kierunki lotów, prawdopodobnie zacznie być oblegana Skandynawia, a część osób pracujących na Wyspach zdecyduje się na powrót do kraju. Na co mogą liczyć wracający na Lubelszczyznę? Przede wszystkim na możliwość dobrego zainwestowania ciężko zarobionych funtów. I rozpoczęcie własnej działalności, bo instytucje sektora bankowego już zaczynają myśleć o pozyskaniu tej grupy klientów. Jeden z bankowych liderów oferty dla biznesu, w tym także dla osób planujących założyć własną działalność, proponuje – obok systemu atrakcyjnych kredytów -  również efektywne wsparcie w uzyskaniu dotacji z funduszy UE poprzez pomoc w poprawnym przygotowaniu dokumentów finansowych. Przyszli i obecni przedsiębiorcy mogą liczyć także na doradztwo w zakresie nowych technologii i rozwiązań dla biznesu. Ważnym wsparciem dla przedstawicieli małych i średnich firm Lubelszczyzny może być poza tym oferta Krajowego Punktu Kontaktowego ds. Instrumentów Finansowych Programów UE, działającego przy Związku Banków Polskich. Pracownicy Punktu ułatwiają przedsiębiorcom dostęp do preferencyjnego dofinansowania UE, ale także proponują udział w spotkaniach informacyjnych i brokerskich, odbywających się na terenie kraju, również poza granicami, głównie w Brukseli. Punkt Kontaktowy to instytucja, odpowiadająca w Polsce za wdrażanie tzw. Planu Junckera, czyli Planu Inwestycyjnego dla Europy. Celem Planu jest efektywne wykorzystywanie funduszy pochodzących z UE dla pobudzania i utrzymania kreatywności przedsiębiorców w Europie. Gdy Plan Junckera wprowadzano w życie kilkanaście miesięcy temu nikt wówczas nie myślał o możliwym wyjściu Wielkiej Brytanii z UE. Dziś trzeba poważnie zastanowić się – a to przede wszystkim zadanie dla Polaków, którzy zdecydowali się przenieść swoje firmy na Wyspy lub rozpocząć tam swoją działalność – czy i kiedy przenieść swój biznes do Polski, także z powrotem – na Lubelszczyznę. Moim zdaniem ci, którzy szybko podejmą decyzje – mogą na tym skorzystać, bo obecne możliwości dla firm, także tych nowych, są dużo lepsze niż kilka lat temu. Coraz częściej, choć jeszcze nieoficjalnie, mówi się o bliższej i łatwiejszej współpracy gospodarczej z USA, władze samorządowe Lubelszczyzny niezwykle aktywnie zabiegają o umowy handlowe i biznesowe kontakty z Izraelem (tylko w czasie kilku pierwszy miesięcy tego roku samorządowcy, biznesmeni i przedstawiciele szkół wyższych oraz organizacji pozarządowych kilkakrotnie odwiedzili Izrael), a na horyzoncie coraz ciekawiej prezentuje się oferta hinduskiego biznesu, który na razie małymi krokami, ale coraz skuteczniej – poprzez misje gospodarcze i udział w międzynarodowych konferencjach – wkracza na Lubelszczyznę.
Jest więc szansa, że Brexit będzie miał też pozytywny wpływ na gospodarkę, zwłaszcza regionu lubelskiego. Bo przede wszystkim tutaj mieszkańcy mają nadzieję na zmiany, te prawdziwe zmiany. Na lepsze.

Obyśmy żyli w ciekawych czasach…

Te słowa wyjątkowo pasują do tego, co stało się właśnie w Unii Europejskiej, a właściwie – z Unią Europejską. Unia trzeszczy, chwieje się, pogrąża się w chaosie. Nie ma w tych słowach zbyt wiele przesady, bo niewiele osób – komentatorów, polityków i analityków rynków finansowych – zakładało możliwy scenariusz wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Jeszcze dwa dni temu jeden ze znanych polskich ekonomistów zapewniał w Lublinie, że nie grozi nam unijny kryzys, bo Brexit to wymysł przeciwników Unii, którzy są w zdecydowanej mniejszości. Żal mi dzisiaj tego ekonomisty, ale – żal mi także tego, że Unia nie będzie już taka, jak dawniej. Jeszcze kilkanaście lat temu, gdy Polacy przygotowywali się do referendum, Wspólnota jawiła się jako najlepsza, stabilna struktura, która zapewni spokój militarny i ekonomiczny dobrobyt swoim członkom. Polityka wyrównywania szans poprzez przekazywanie funduszy biedniejszym regionom, członkom Wspólnoty, była prawdziwym „światełkiem w tunelu” dla krajów, które przez lata tkwiły w realnym socjalizmie. Jeszcze do wczoraj to „światełko” oznaczało dalsze finansowe wsparcie na kilka kolejnych lat m.in. dla Polski. Dziś, wydaje się, pozostał ciemny tunel, w którym na próżno szukać drogi i wyjścia. Unia znalazła się na rozdrożu, a Brytyjczycy – poprzez „nie” dla Wspólnoty – pokazali Unii czerwoną kartkę. To „nie” to brak akceptacji dla zbyt dużych płatności Wielkiej Brytanii do unijnego budżetu, to „nie” dla imigrantów, wreszcie – to brak zgody na asekuracyjną politykę prowadzoną przez Komisję Europejską. Paradoksalnie wyniki brytyjskiego referendum miały być – w zamierzeniach premiera Camerona – ostrzeżeniem dla Wspólnoty i wymuszeniem szybszych reform UE. Faktycznie stały się początkiem końca najbardziej śmiałego projektu europejskiego, który – w zamyśle twórców, m.in. Roberta Schumanna, zwanego Ojcem Europy – miał zapewnić silną i zjednoczoną Europę, wolną od stereotypów i uprzedzeń, wyrównującą szanse i możliwości, zapewniającą mieszkańcom coraz lepsze warunki życia i pracy. Dziś te ideały, za sprawą decyzji Brytyjczyków, odchodzą w zapomnienie. Unia, jako Wspólnota, będzie walczyć o przetrwanie, o utrzymanie coraz bardziej słabnącej pozycji na arenie politycznej i gospodarczej świata.
Co Brexit oznacza dla Polski? Z pewnością radykalne zmniejszenie, o ile nie całkowitą likwidację, dopłat dla rolników. Brytyjscy farmerzy przez kolejne lata wspierali polskich kolegów w bataliach w unijnych instytucjach o jak najwyższe dopłaty. Dziś polscy rolnicy pozostają sami… Kolejna sprawa – zmniejszone wpłaty do wspólnego unijnego budżetu skutkować będą mniejszymi kwotami dostępnymi w kolejnych konkursach o unijne dotacje. Nie stanie się to za dzień, dwa, ale przy uchwalaniu kolejnego unijnego budżetu rocznego cięcia będą koniecznie. Najsmutniejsze jest jednak to, że Unia już na zawsze traci to, co było w niej najcenniejsze – silne podstawy polityczne i ekonomiczne, oparte na współpracy i solidarności. Od dziś nic nie będzie już takie samo.