O szczepieniach na wesoło

Zaskoczył mnie bardzo krótki filmik o konieczności szczepień przeciwko grypie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że sam Główny Inspektor Sanitarny wcielił się w rolę Mikołaja, który na melodię „Jingle bells” wyśpiewuje kilka rymowanych zdań na temat konieczności szczepień. Chociaż filmik ma sporo fanów, nie brak głosów krytyki, że nagranie jest słabe, Inspektor nie potrafi śpiewać, niezbyt dobrze go słychać, i tak dalej. Dla mnie liczy się jedno – przesłanie utkwiło w pamięci wielu widzów, nie tylko dziennikarzy, szukających informacji o aktualnych programach, realizowanych przez Inspektorat. Mam nadzieję, że niebawem pojawią się efekty – wzrośnie liczba osób podejmujących decyzję o szczepieniach. Bo o to w tym wszystkim chodzi. A przekaz jest uroczy, doskonale wpisuje się w czas przedświąteczny, wywołuje konkretne emocje i jest zapamiętany. A dziennikarze stacji telewizyjnych pokazują ten mini-spot jako tzw. „michałka”, jak w języku mediów nazywa się krótki i zazwyczaj zabawny materiał filmowy prezentowany na zakończenie programu informacyjnego.
Z tego, co wiem, to nie pierwszy żartobliwy spot Głównego Inspektora Sanitarnego, z ważnym, społecznym przesłaniem. Myślę, że to doskonały sposób na dotarcie z informacją do jak najszerszego grona osób, zagrożonych, z powodu wieku czy stanu zdrowia, powikłaniami pogrypowymi. Chciałabym, żeby także szefowie innych inspektoratów, mieli wyjątkowy, ciekawy przekaz do konkretnych grup docelowych. Bo same konkursy, programy profilaktyczne i inne działania promocyjne zamieszczane na stronach internetowych i w mediach już nie wystarczą. Potrzebne jest to „coś”, na co patent znalazł Główny Inspektor Sanitarny. I za to wielkie gratulacje Panie Inspektorze!

Europejski pociąg z nowosądeckiego Newagu

DSC03977Dzisiaj na dworcu kolejowym w Nowym Sączu odbyło się uroczyste przekazanie sześciu – z planowanych dwunastu – elektrycznych zespołów trakcyjnych „Impuls II”, samorządowej spółce Koleje Małopolskie. Może wielu Czytelników mojego bloga będzie zastanawiać się, dlaczego postanowiłam temu wydarzeniu poświęcić tematyczny wpis, ale moim zdaniem to ważny dzień dla polskich kolei, ale także – producenta składów – nowosądeckiego Newagu. Już w połowie listopada składy „Impuls II” otrzymały zezwolenie Urzędu Transportu Kolejowego – jako kolejne po pendolino, produkcji Alstom i składach „Flirt” z siedleckiej fabryki Staedlera – na przewożenie pasażerów nie tylko po polskiej sieci kolejowej, ale także – sieci wybranych krajów europejskich. Wybranych, bo np. w Niemczech w sieci trakcyjnej jest inne, niż w polskiej, napięcie, natomiast przykładowo w Hiszpanii – są szersze od polskich tory. Nie przeszkadza to jednak Impulsom wjechać na tory Słowacji czy Czech, a w ruchu przygranicznym przemieszczanie się składów bez konieczności zmiany lokomotyw, czy maszynistów to istotny element tzw. interoperacyjności. Interoperacyjność to unijne zasady przemieszczania się pociągów pomiędzy poszczególnymi państwami UE. Bez spełnienia unijnych norm interoperacyjności polscy, ale i zagraniczni producenci taboru kolejowego, nie mogą planować ekspansji poza granice swojego kraju.
Cieszę się, że nowosądecki Newag dołączył do elitarnego grona polskich producentów, którzy doskonale radzą sobie na trudnym kolejowym rynku przewozów pasażerskich. Będę mocno trzymać kciuki za kolejne składy, które będą miały szansę wyjechać na konkretne europejskie tory. Bo konkurencja na europejskich torach staje się coraz większa, ale to dobrze, że Polska ma swoich przedstawicieli w tym elitarnym gronie.
Autorem zdjęcia, które stanowi ilustrację do mojego wpisu jest Damian Radziak z Newagu. Bardzo dziękuję także Panu Rzecznikowi Prasowemu Newagu – Łukaszowi Mikołajczykowi za przemiłą współpracę.

Back to school…in Lublin

Dzisiaj w lubelskim liceum im. Stanisława Staszica odbyło się wyjątkowe spotkanie. Z uczniami swojego dawnego liceum spotkała się Helena Winiarska-Tworóg, która od 2012 roku pracuje w Komisji Europejskiej. Podzieliła się swoim dotychczasowym doświadczeniem z pracy w unijnej instytucji, ale także zapoznała słuchaczy z zadaniami Komisji Europejskiej oraz bieżącymi sprawami europejskimi.
Dlaczego to spotkanie było tak istotne, że zdecydowałam się o nim napisać? Bo odbyło się w ramach programu „Back to School”, czyli „Powrót do szkoły”, zainicjowanego kilka lat temu przez instytucje UE. Celem programu jest nie tylko organizacja spotkań dla młodych ludzi i przybliżanie im tematyki europejskiej. To także szansa na poznanie, jakie zagadnienia interesują młodzież w różnych krajach UE, jakie są aspiracje młodych i z jakimi problemami przychodzi im się zmierzyć. Ale jest jeszcze „wartość dodana” takich spotkań – młodzi ludzie mogą przekonać się, że kariera w unijnych instytucjach – o ile tylko będą nią zainteresowani – nie jest zarezerwowana tylko dla wybranych. Każdy młody człowiek, interesujący się sprawami międzynarodowymi, znający przynajmniej kilka języków obcych, ma szansę na pracę w Komisji Europejskiej, ale także wielu innych, mniej znanych instytucjach UE. Choćby w Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej FRONTEX, która ma swoją siedzibę w Warszawie. Przykład Heleny Winiarskiej-Tworóg, pochodzącej z Lublina pracownicy Dyrekcji ds. Spraw Wewnętrznych i Migracji Komisji Europejskiej, pokazuje, że warto marzyć, ale także – wytrwale pracować, ucząc się języków obcych i być „ciekawym świata”, by za kilka, kilkanaście lat osiągnąć sukces, na miarę pracy w instytucjach europejskich.
Ale jest jeszcze jeden powód mojego zainteresowania tematem programu „Back to School” i dzisiejszego spotkania w lubelskim liceum. Otóż kilka lat temu, w ramach tego samego programu, Lublin odwiedził inny pracownik Komisji Europejskiej, ówczesny komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski. Komisarz Lewandowski urodził się w Lublinie i jest absolwentem Liceum im. J. Zamoyskiego. Choć od wielu lat związany jest z Pomorzem, Lublin jest dla niego ważnym miejscem. Sama miałam okazję przekonać się o tym, gdy dwa lata temu, w czasie pobytu w Parlamencie Europejskim w Brukseli, próbowałam umówić się na rozmowę z obecnym europosłem. Od asystentów byłego komisarza słyszałam, że „pan europoseł nie ma czasu, ma spotkania” – to standardowe odpowiedzi współpracowników europosłów, którymi próbują zniechęcić natrętnych dziennikarzy przez kontaktem ze swoim szefem. Ja jednak nie dawałam za wygraną. W końcu, gdy na korytarzu zobaczyłam byłego komisarza, podbiegłam do niego, przedstawiłam się, że jestem z Lublina i poprosiłam o krótką rozmowę. Nieoczekiwanie dla mnie i asystentów – pan komisarz zgodził się na spotkanie kilka godzin później i przyszedł, tak jak obiecał. Gdy pytałam, jak to się stało, że znalazł czas w zapełnionym kalendarzu spotkań usłyszałam: „Pani jest z Lublina – nie mogłem odmówić – to moje rodzinne miasto, do którego mam wielki sentyment”.
Dlatego cieszę się, że szlakiem Janusza Lewandowskiego podąża kolejna unijna urzędniczka – Helena Winiarska-Tworóg. Ona także, jestem tego pewna, jest dumna z tego, że pochodzi z Lublina. I – może także w przypadku dzisiejszych słuchaczy Pani Heleny – kiedyś hasło „Lublin” otworzy niejedne drzwi i umożliwi niejeden ciekawy kontakt w Brukseli. I tego życzę młodzieży z mojego miasta, nie tylko z lubelskiego liceum im. Staszica.

Społeczna odpowiedzialność biznesowi musi się opłacać

Dzisiaj w Lublinie, w ramach Kongresu Inicjatyw Europy Wschodniej, odbyło się wyjątkowe spotkanie. Dyskusja o społecznej odpowiedzialności biznesu (ang, skrót CSR) była jedną z wielu debat, które odbyły się w czasie trzech dni Kongresu. Ale miała wyjątkowy wymiar, bo zgromadziła – z jednej strony – lubelskie środowisko kultury, żywo zainteresowane pozyskaniem wsparcia na inicjatywy, których w naszym mieście jest wiele, z drugiej zaś – przedstawicieli biznesu, finansujących – w ramach działań CSR – wiele społecznie cennych akcji i działań.
Ciekawie brzmiał dwugłos obu środowisk. Osoby zaangażowane w tworzenie coraz to nowych przedsięwzięć kulturalnych, zainteresowane pozyskaniem dofinansowania, dzieliły się swoimi sukcesami i porażkami. Przedstawicielka jednej z lubelskich instytucji kulturalnych przekonywała, że miasto nie ma szczęścia do dużych firm, które mogłyby efektywnie wspierać działania społecznie ważne, także te z zakresu kultury. Tymczasem reprezentantka fundacji znanej polskiej firmy ubezpieczeniowej, prowadzącej aktywne działania CSR, zapewniała, że każdy zarząd ma własny pomysł na wsparcie konkretnych przedsięwzięć. Wystarczy przeczytać uważnie strategię rozwoju, w której znaleźć można kluczowe kwestie, jakie zarząd spółki lub fundacji stawia przed sobą, dając jednocześnie sygnał potencjalnym zainteresowanym pozyskaniem wsparcia, na konkretne inicjatywy, np. związane z ochroną zdrowia, edukacją, nie tylko kulturą.
Fundacja firmy ubezpieczeniowej jest zainteresowana m.in. wspieraniem indywidualnych działań artystycznych. Propozycja adresowana jest do twórców, którzy – zdaniem przedstawicielki fundacji – tak jak biznesmeni, są kreatywni, jednocześnie – samotni w swojej działalności, a dodatkowo – wciąż są poddawani ocenie – krytyków sztuki czy klientów. Fundacja oferuje artystom atrakcyjne rezydencje w Stanach Zjednoczonych i Hiszpanii, słusznie upatrując w działalności artystycznej inspiracji do podejmowania wciąż nowych wyzwań biznesowych. – To jest nasz pomysł, który już od kilkunastu lat doskonale sprawdza się w praktyce – przekonywała ekonomistka z Warszawy.
Według mnie to innowacyjne podejście do CSR może i powinno być wzorem dla firm i instytucji, planujących dopiero wejście do stosunkowo niewielkiego jeszcze grona odpowiedzialnego społecznie biznesu w Polsce. Bo CSR to powinna być społeczna inwestycja, z korzyścią dla podejmującej ją firmy. I nie chodzi tu tylko o pieniądze…

Dobra z(a)miana w Bydgoszczy

Na początku ubiegłego roku napisałam w jednym z moich wpisów o pierwszym w Polsce przeszczepie krzyżowym, który miał miejsce w jednym z warszawskich szpitali. Dzisiaj wracam do tego tematu, bo w Bydgoszczy przeprowadzono niedawno kolejny, drugi w Polsce, udany przeszczep, z udziałem dwóch par małżeńskich. A dawczynie i biorcy właśnie wracają do domów.
Choć początkowo obie pary rozważały możliwość przeszczepu rodzinnego, okazało się, że brak jest koniecznej zgodności tkankowej, niezbędnej do przyjęcia nowego narządu przez organizm biorcy. Na szczęście udało się znaleźć dawców, a raczej – dawczynie, ze zgodnością tkankową, obie panie to żony biorców. Panie przekazały więc nerki wzajemnie swoim mężom. I deklarują zgodnie, że będą utrzymywać ze sobą stały kontakt, bo przecież stali się sobie – one i ich współmałżonkowie – bardzo bliscy.
To piękna historia, szkoda jednak, że dopiero druga, bo to drugi przeszczep krzyżowy od ponad roku. Kiedy kilka miesięcy temu miałam możliwość rozmowy z lekarzem, który był w zespole transplantologów, przeprowadzających pierwszy przeszczep krzyżowy w Warszawie, pan profesor bardzo sceptycznie wypowiadał się co do kolejnych tego typu operacji. Według mojego rozmówcy (który nie chciał, bym publikowała Jego nazwisko, bo przeszczep krzyżowy to sukces całego zespołu, nie jednej osoby) brakuje dawców, którzy mogliby ofiarować swoją nerkę, bo biorców wciąż jest więcej niż potencjalnych możliwości przeszczepu.
Dziś, gdy kolejny przeszczep krzyżowy stał się faktem – i to nie w Warszawie, a w Bydgoszczy – jest szansa, że takich, udanych, operacji będzie jednak w naszym kraju systematycznie przybywać. Wartością dodaną bydgoskiego przeszczepu może być fakt, że pary małżeńskie, które wymieniły się nerkami, pochodzą z Bydgoszczy i Torunia. Nie od dziś wiadomo, że mieszkańcy tych obu miast niekoniecznie pałają do siebie sympatią. Za sprawą udanego przeszczepu krzyżowego jest szansa na zmianę. Dobrą zmianę w relacjach między społecznościami Bydgoszczy i Torunia. I zmianę w podejściu naszego społeczeństwa do tego typu operacji, ratujących życie.

Od Singera do Erasmusa. Od Sztukmistrza do pilota

Chełm, ok. 60 km od mojego rodzinnego Lublina, od lat kojarzy mi się z opowieścią Icchaka Bashevisa Singera, pt. „Sztukmistrz z Lublina”. Główny bohater, Jasza Mazur, wbrew tytułowi, był mieszkańcem Chełma, ale często gościł w Lublinie. Singer na kartach opowieści opisał Chełm jako „miasto głupców”, choć z drugiej strony – słowami Jaszy – mówił, że: „wszystkie drogi prowadzą do Chełma” oraz „cały świat to jeden wielki Chełm”. Całkiem niedawno odkryłam Chełm, nie tylko jako wyjątkowo ważne miejsce historii i kultury, ale także – a może przede wszystkim – edukacji. I mam tu na myśli nie tylko Muzeum Regionalne w Chełmie, które doskonale wypełnia swoją misję, ale Państwową Wyższą Szkołę Zawodową, która – ucząc studentów – jednocześnie daje im możliwość wymiany doświadczeń edukacyjnych z kolegami z innych państw, za sprawą realizacji unijnego Programu Erasmus +.
Okazuje się, że studenci z Chełma coraz chętniej korzystają z wyjazdów zagranicznych, co z kolei motywuje Władze Uczelni do podejmowania aktywnej współpracy z kolejnymi krajami, w ramach Programu Erasmus +. – Z roku na rok realizujemy coraz więcej mobilności, a do grona wyjeżdżających dołączają także pracownicy naukowi oraz administracyjni naszej Uczelni – powiedział mi Pan Kamil Jaszczuk, koordynator Programu Erasmus w PWSZ w Chełmie. Ale nie tylko liczba wyjazdów, rosnąca z roku na rok, może być powodem do zazdrości ze strony innych szkół wyższych w naszym kraju. Wyjazdy przynoszą konkretne efekty, w postaci nawiązanych nowych partnerstw np. z firmami, które zatrudniają późniejszych absolwentów PWSZ. Chełm, jako jedno z kilku miast Lubelszczyzny, regionu należącego do tzw. Ściany Wschodniej, czy – jak mówią złośliwi, strefy buforowej UE – nie miał dotąd wielu szans na rozwój. Historia i turystyka to za mało, by przyciągnąć do miasta inwestorów, a mieszkańcom – dać miejsca pracy. Dlatego władze Uczelni, chcąc rozwijać potencjał studentów i dać im – ale także pośrednio sobie, jako mieszkańcom miasta – szansę na lepszą przyszłość postanowiło efektywnie korzystać z szans, jakie daje UE, poprzez taki Program, jak Erasmus +. Studenci i pracownicy, tak naukowi jak i administracyjni, wyjeżdżają do Czech, Słowacji, Węgier i Niemiec, ale także Portugalii, Chorwacji, Wielkiej Brytanii, Turcji i Finlandii. I nie ma tu – wbrew pozorom – mowy o wyjazdach, zwanych turystycznymi, choć Chorwacja, czy Portugalia kojarzą się z letnim wypoczynkiem. Wszyscy uczestnicy mobilności, po powrocie z wyjazdów, dzielą się zdobytym doświadczeniem, nie tylko wśród studentów i pracowników Uczelni, ale także – poza nią. – Chętnie bierzemy udział w spotkaniach, organizowanych przez samorząd czy organizacje pozarządowe i przekonujemy je do tego, że współpraca międzynarodowa to nasza szansa i możliwość poprawy wizerunku – nie tylko Uczelni – ale przede wszystkim – naszego miasta – mówi Kamil Jaszczuk.
Mobilność ma dwie – dobre – strony. Bo nie tylko osoby, związane z PWSZ mogą wyjeżdżać za granicę. Do Chełma przyjeżdżają przedstawiciele zagranicznych firm i szkół wyższych, którzy chętnie nawiązują – po zakończeniu swoich wizyt studyjnych – długofalową współpracę z Uczelnią. Efekty to wspólne przedsięwzięcia badawczo-rozwojowe. Ale także bogate plany – na współpracę przy tworzeniu aplikacji do Programu Horyzont 2020, na rzecz badań i innowacji. – Widzimy tu kolejną szansę dla siebie – przekonuje dr Beata Fałda, Prorektor PWSZ w Chełmie.
Przykładów nie trzeba szukać daleko. W ramach Programu Erasmus + studenci pilotażu wyjeżdżają na praktyki zawodowe, na lotniska zagraniczne, najczęściej do Słowacji (Żylina). – Nasi studenci są bardzo zadowoleni z praktyk, a dają temu wyraz w ankietach, wypełnianych w systemie Narodowej Agencji Programu Erasmus (Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji) – zapewnia koordynator Programu w PWSZ. Ale zadowolenie i dobra opinia to niewiele, w porównaniu do wymiernych efektów, pracy – którą podejmują po zakończeniu studiów – w znanych międzynarodowych firmach lotniczych. Ryanair, Wizzair, PLL LOT, Enter Air, Easy Jet, Katar Air, Sprinter Air, Small Planet – to wybrane linie lotnicze, które zabiegają o absolwentów z Chełma.
Ale nie tylko przyszli piloci korzystają z mobilności w ramach Programu Erasmus +. Także studentki z kierunku pedagogika chętnie wyjeżdżają do innych krajów, by podpatrywać najnowsze metody pracy z dziećmi i młodzieżą. Doświadczenie, uzyskane w czasie mobilności, wykorzystują w późniejszej pracy zawodowej – w szkołach i przedszkolach, nie tylko w Chełmie, ale także regionie lubelskim. – Utrzymujemy kontakt z naszymi absolwentami, dzięki programowi monitorowania ich dalszych losów, po zakończeniu edukacji – mówi Prorektor Beata Fałda.
Cieszy bardzo fakt, że wysiłki Władz i pracowników chełmskiej Uczelni zyskały akceptację i wysoką ocenę ze strony Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji – Narodowej Agencji ds. Programu Erasmus +. Uznanie to nie tylko wyższe – z roku na rok – fundusze na zwiększoną liczbę mobilności, ale przyznanie nominacji do nagrody Eduinspiracje 2016, za realizację Programu Erasmus +. To kolejna szansa, którą zyskuje Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w Chełmie. Bo niezależnie od tego, czy otrzyma nagrodę, czy nie – wysiłki Władz i pracowników zostały już dostrzeżone. Dlatego dla mnie Chełm, choć na kartkach opowieści noblisty ma niejednoznaczne, nieco negatywne oblicze, ma ocenę doskonałą. Za sprawą działań Uczelni, której następnym edukacyjnym przedsięwzięciom będę z radością kibicować i trzymać kciuki za kolejne sukcesy i nagrody – tym razem już w Brukseli.

Przesłanie z Rio

Kilka dni temu świat obiegła informacja o poważnym wypadku jednego z trenerów niemieckiej kadry olimpijskiej. Niedługo potem okazało się, że młody człowiek zmarł. Tragiczna wiadomość z Rio szybko ustąpiła miejsca innej – pięknej, choć mimo wszystko opartej o dramat młodego człowieka i jego rodziny. Okazało się, że bliscy podjęli decyzję o przekazaniu czterech narządów – serca, wątroby i dwóch nerek – do przeszczepu. Dzięki tej decyzji cztery osoby w stanie krytycznym otrzymały szansę na nowe życie.
Ta informacja przypomniała mi inną, z naszego kraju. Dziennikarka regionalnego radia w Poznaniu interesowała się tematyką transplantacji i przygotowywała na ten temat wiele reportaży i audycji publicystycznych. Nieoczekiwanie trafiła do szpitala i po kilku dniach zmarła. Deklaracja woli, którą wypełniła kobieta przy okazji prowadzonej przez siebie akcji informacyjnej, pozwoliła na pobranie narządów i uratowanie trzech osób. Do akcji promocji transplantacji po śmierci koleżanki włączyli się inni dziennikarze z Poznania, opisując nie tylko przykład swojej koleżanki, ale przede wszystkim pokazując, jak wielkie znaczenie może mieć nie tylko słowo, ale działanie, które przynosi konkretne efekty – ratuje życie.
Tydzień temu w ogólnopolskiej telewizji przedstawiciele Poltransplantu i Śląskiego Centrum Chorób Serca mówili o trudnej sytuacji w zakresie przeszczepów serca u dzieci. W tym roku wykonano dopiero jeden przeszczep, a potrzeby są wielokrotnie większe. Istotna jest promocja transplantacji, także dotycząca dzieci. Mam pomysł na konkretne działanie, ale zanim je opiszę, muszę skontaktować się z Poltransplantem i Śląskim Centrum Chorób Serca. Ale obiecuję, że o efektach moich rozmów i samym pomyśle poinformuję moich Czytelników. A na razie – trzymajcie kciuki za powodzenie mojej inicjatywy!

Kolej Nadwiślańska – dziś rocznica otwarcia…

1405_dworzeckolejowy_6Tak się jakoś składa, że sierpień obrodził w rocznice, ważne dla Lublina. Ale przede wszystkim – istotne dla rozwoju miasta. 17 sierpnia 1877 roku uroczyście otwarto linię kolejową z Mławy do Kowla, której trasa wiodła przez Warszawę, Lublin i Chełm. Nazwana została Koleją Nadwiślańską i była drugą, co do ważności trasą kolejową, po Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, otwartej w 1845 roku. Co ciekawe, uważny czytelnik znajdzie dwie daty otwarcia Kolei – 17 albo 29 sierpnia. Skąd ta różnica? Z rozbieżności, wynikających z kalendarzy – zgodnie z juliańskim jest to 17 sierpnia, a prawosławnym, „opóźnionym” o 12 dni, 29 sierpnia.
Kolej Nadwiślańska „przywiozła” do Lublina gospodarczy i kulturalny rozwój. Choć podróż trwała kilka godzin, trwała znacznie krócej niż przykładowo dyliżansem. Podróżni jechali w wagonach od pierwszej do czwartej klasy, przedziały wyższych klas były dzielone na damskie i męskie. Pociągami Kolei Nadwiślańskiej przyjeżdżali do Lublina artyści, dziennikarze, przedsiębiorcy, politycy. Miasto zaczęło się dynamicznie rozwijać.
Kolej „przywiozła” do Lublina nie tylko rozwój, ale także budynek dworca w stylu, w jakim budowano większość stacji Nadwiślanki. Dworce typu dworkowego do dziś można podziwiać w drodze do Warszawy, w Sadurkach, Gołębiu czy Klementowicach. Lubelski dworzec, kilkakrotnie przebudowywany, stracił swój pierwotny styl. Zmiany wymusiła szybko rosnąca liczba pasażerów, ale to akurat wyszło miastu na dobre.
Dziś do Lublina dawną Nadwiślanką jeżdżą nowoczesne składy elektryczne i pociągi, rozwijające miejscami prędkość do 140 km/h. Trudno dziś wyobrazić sobie rozwój miast i życie mieszkańców bez kolei. Dobrze, że jeszcze w XIX wieku ówcześni politycy podjęli tę ważną decyzję – o budowie Nadwiślanki, łącząc Lublin z większymi miastami. Szkoda, że zdjęcia przedstawiające lubelski dworzec pochodzą dopiero z początku XX wieku. Ale dobrze, że są. Ilustracją mojego wpisu jest pocztówka z archiwum Ośrodka „Brama Grodzka-Teatr NN”. Naprawdę, mamy, jako lublinianie, powody do dumy.

Urodziny Lublina. Miasto (prawie) spełnionych marzeń

IMG_242815 sierpnia 1317 roku Lublin otrzymał lokację zgodnie z prawem magdeburskim, stając się miastem. Dzisiaj obchodzimy kolejną rocznicę tego faktu, a w przyszłym roku minie już 700 lat od tego historycznego wydarzenia. Myślę, że mamy, jako mieszkańcy, powody do dumy, bo miasto – choć nie otrzymało tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016 – faktycznie jest miejscem, w którym liczne działania artystyczne są doskonałą promocją, nie tylko turystyczną, ale także – motorem napędowym lokalnej gospodarki. Do Lublina coraz chętniej przyjeżdżają przedsiębiorcy z różnych krajów świata, np. z Chin, Indii czy Izraela, w poszukiwaniu szans na rozwój własnych biznesów. Politycy, obecni i byli, chętnie przyznają się do rodzinnych związków z naszym miastem. Choćby były Minister Gospodarki i były długoletni parlamentarzysta Jacek Piechota, który – obecnie jako Prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej i przedsiębiorca – często odwiedza Lublin, uczestnicząc w konferencjach i spotkaniach biznesowych oraz pośrednicząc w kontaktach gospodarczych z Ukrainą. Albo były komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski, obecnie europarlamentarzysta, który urodził się i przez 18 lat mieszkał w Lublinie, który odpowiada na każde zaproszenie z naszego miasta, dzieląc się swoim bogatym doświadczeniem. Coraz chętniej przyjeżdżają do nas studenci z zagranicy, którzy upatrują tu szans na zawodową przyszłość. Dzięki funduszom unijnym rozbudowywana jest m.in. infrastruktura badawcza, sportowa i drogowa.
Ale nie wszystko jest, niestety, tak pięknie, jak mogłoby być. Żal likwidacji Cukrowni Lublin, z powodu limitów cukru narzuconych swego czasu przez Komisję Europejską (dziś limitów już nie ma…), ale także lubelskiej lokomotywowni… Choć w przypadku lokomotywowni jest szansa na powstanie muzeum historii, związanego z lubelskimi strajkami lipca 1980 roku. Prezydent Krzysztof Żuk, kilka tygodni temu zapewniał, w czasie kolejnej rocznicy lubelskich strajków kolejarzy, że muzeum powstanie na jubileusz 700-lecia Lublina. Więc już za rok dawna lokomotywownia powinna zyskać nowy, atrakcyjny wygląd i stać się ważnym miejscem na kulturalnej i historycznej mapie naszego miasta. Jako ilustrację do tego wpisu postanowiłam załączyć zdjęcie fragmentu dawnych zabudowań lubelskiej lokomotywowni. Oby w przyszłym roku fotografia była już tylko częścią bogatej dokumentacji historycznej dawnego królewskiego miasta o nazwie Lublin. Miasta, z którego powinniśmy być – pomimo wszystko – dumni.

Lubelski czakram

www199Dzisiaj przypada piękna rocznica ukończenia średniowiecznych fresków w kaplicy Trójcy św. na lubelskim Zamku. 10 sierpnia 1418 roku Mistrz Andrzej i dwóch jego, nieznanych z imienia, pomocników, zakończyło prace nad polichromią, która do dziś zachwyca wielu a Lublin sytuuje wśród jedynie kilku miast Polski z tak wspaniałą dekoracją. Wyjątkowość malowideł jest równie ważna i ciekawa, jak i sam fakt umieszczenia daty zakończenia prac, na części łuku tęczowego świątyni. W średniowieczu twórczość artystyczna była anonimowa, dlatego fakt „podpisu” Mistrza Andrzeja pod dziełem sam w sobie jest już unikalny. A jeżeli dodamy jeszcze do tego informację, że fundator fresków, król Władysław Jagiełło postanowił uwiecznić dwukrotnie swoje oblicze – jako władca, który podjął się misji chrystianizacji, ale także zwykły człowiek, popełniający grzechy – mamy naprawdę wyjątkowe, historyczne miejsce. Dla mnie jest jeszcze jeden powód, który stanowi o unikalności miejsca – fakt istnienia czakramu, czyli miejsca, gdzie można poczuć dobrą energię, wprost z wnętrza Ziemi. W średniowieczu budynki sakralne wznoszone były w miejscach z „dobrą energią”. Czakram „bije” także w bazylice oo. Dominikanów, ale również na Wawelu w Krakowie. Istnienie dobrej energii jest udowodnione naukowo, pozostaje więc wybrać się na spacer do Muzeum Lubelskiego i odnaleźć to wyjątkowe miejsce, w kaplicy, gdzie można ją poczuć. Dobrym pretekstem do odwiedzin jest rocznica ukończenia prac nad freskami. Właśnie dzisiaj. Zapraszam więc do Muzeum na Zamku w Lublinie. Bo to miejsce jest naprawdę wyjątkowe…