Przesłanie z Rio

Kilka dni temu świat obiegła informacja o poważnym wypadku jednego z trenerów niemieckiej kadry olimpijskiej. Niedługo potem okazało się, że młody człowiek zmarł. Tragiczna wiadomość z Rio szybko ustąpiła miejsca innej – pięknej, choć mimo wszystko opartej o dramat młodego człowieka i jego rodziny. Okazało się, że bliscy podjęli decyzję o przekazaniu czterech narządów – serca, wątroby i dwóch nerek – do przeszczepu. Dzięki tej decyzji cztery osoby w stanie krytycznym otrzymały szansę na nowe życie.
Ta informacja przypomniała mi inną, z naszego kraju. Dziennikarka regionalnego radia w Poznaniu interesowała się tematyką transplantacji i przygotowywała na ten temat wiele reportaży i audycji publicystycznych. Nieoczekiwanie trafiła do szpitala i po kilku dniach zmarła. Deklaracja woli, którą wypełniła kobieta przy okazji prowadzonej przez siebie akcji informacyjnej, pozwoliła na pobranie narządów i uratowanie trzech osób. Do akcji promocji transplantacji po śmierci koleżanki włączyli się inni dziennikarze z Poznania, opisując nie tylko przykład swojej koleżanki, ale przede wszystkim pokazując, jak wielkie znaczenie może mieć nie tylko słowo, ale działanie, które przynosi konkretne efekty – ratuje życie.
Tydzień temu w ogólnopolskiej telewizji przedstawiciele Poltransplantu i Śląskiego Centrum Chorób Serca mówili o trudnej sytuacji w zakresie przeszczepów serca u dzieci. W tym roku wykonano dopiero jeden przeszczep, a potrzeby są wielokrotnie większe. Istotna jest promocja transplantacji, także dotycząca dzieci. Mam pomysł na konkretne działanie, ale zanim je opiszę, muszę skontaktować się z Poltransplantem i Śląskim Centrum Chorób Serca. Ale obiecuję, że o efektach moich rozmów i samym pomyśle poinformuję moich Czytelników. A na razie – trzymajcie kciuki za powodzenie mojej inicjatywy!

Kolej Nadwiślańska – dziś rocznica otwarcia…

1405_dworzeckolejowy_6Tak się jakoś składa, że sierpień obrodził w rocznice, ważne dla Lublina. Ale przede wszystkim – istotne dla rozwoju miasta. 17 sierpnia 1877 roku uroczyście otwarto linię kolejową z Mławy do Kowla, której trasa wiodła przez Warszawę, Lublin i Chełm. Nazwana została Koleją Nadwiślańską i była drugą, co do ważności trasą kolejową, po Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, otwartej w 1845 roku. Co ciekawe, uważny czytelnik znajdzie dwie daty otwarcia Kolei – 17 albo 29 sierpnia. Skąd ta różnica? Z rozbieżności, wynikających z kalendarzy – zgodnie z juliańskim jest to 17 sierpnia, a prawosławnym, „opóźnionym” o 12 dni, 29 sierpnia.
Kolej Nadwiślańska „przywiozła” do Lublina gospodarczy i kulturalny rozwój. Choć podróż trwała kilka godzin, trwała znacznie krócej niż przykładowo dyliżansem. Podróżni jechali w wagonach od pierwszej do czwartej klasy, przedziały wyższych klas były dzielone na damskie i męskie. Pociągami Kolei Nadwiślańskiej przyjeżdżali do Lublina artyści, dziennikarze, przedsiębiorcy, politycy. Miasto zaczęło się dynamicznie rozwijać.
Kolej „przywiozła” do Lublina nie tylko rozwój, ale także budynek dworca w stylu, w jakim budowano większość stacji Nadwiślanki. Dworce typu dworkowego do dziś można podziwiać w drodze do Warszawy, w Sadurkach, Gołębiu czy Klementowicach. Lubelski dworzec, kilkakrotnie przebudowywany, stracił swój pierwotny styl. Zmiany wymusiła szybko rosnąca liczba pasażerów, ale to akurat wyszło miastu na dobre.
Dziś do Lublina dawną Nadwiślanką jeżdżą nowoczesne składy elektryczne i pociągi, rozwijające miejscami prędkość do 140 km/h. Trudno dziś wyobrazić sobie rozwój miast i życie mieszkańców bez kolei. Dobrze, że jeszcze w XIX wieku ówcześni politycy podjęli tę ważną decyzję – o budowie Nadwiślanki, łącząc Lublin z większymi miastami. Szkoda, że zdjęcia przedstawiające lubelski dworzec pochodzą dopiero z początku XX wieku. Ale dobrze, że są. Ilustracją mojego wpisu jest pocztówka z archiwum Ośrodka „Brama Grodzka-Teatr NN”. Naprawdę, mamy, jako lublinianie, powody do dumy.

Urodziny Lublina. Miasto (prawie) spełnionych marzeń

IMG_242815 sierpnia 1317 roku Lublin otrzymał lokację zgodnie z prawem magdeburskim, stając się miastem. Dzisiaj obchodzimy kolejną rocznicę tego faktu, a w przyszłym roku minie już 700 lat od tego historycznego wydarzenia. Myślę, że mamy, jako mieszkańcy, powody do dumy, bo miasto – choć nie otrzymało tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016 – faktycznie jest miejscem, w którym liczne działania artystyczne są doskonałą promocją, nie tylko turystyczną, ale także – motorem napędowym lokalnej gospodarki. Do Lublina coraz chętniej przyjeżdżają przedsiębiorcy z różnych krajów świata, np. z Chin, Indii czy Izraela, w poszukiwaniu szans na rozwój własnych biznesów. Politycy, obecni i byli, chętnie przyznają się do rodzinnych związków z naszym miastem. Choćby były Minister Gospodarki i były długoletni parlamentarzysta Jacek Piechota, który – obecnie jako Prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej i przedsiębiorca – często odwiedza Lublin, uczestnicząc w konferencjach i spotkaniach biznesowych oraz pośrednicząc w kontaktach gospodarczych z Ukrainą. Albo były komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski, obecnie europarlamentarzysta, który urodził się i przez 18 lat mieszkał w Lublinie, który odpowiada na każde zaproszenie z naszego miasta, dzieląc się swoim bogatym doświadczeniem. Coraz chętniej przyjeżdżają do nas studenci z zagranicy, którzy upatrują tu szans na zawodową przyszłość. Dzięki funduszom unijnym rozbudowywana jest m.in. infrastruktura badawcza, sportowa i drogowa.
Ale nie wszystko jest, niestety, tak pięknie, jak mogłoby być. Żal likwidacji Cukrowni Lublin, z powodu limitów cukru narzuconych swego czasu przez Komisję Europejską (dziś limitów już nie ma…), ale także lubelskiej lokomotywowni… Choć w przypadku lokomotywowni jest szansa na powstanie muzeum historii, związanego z lubelskimi strajkami lipca 1980 roku. Prezydent Krzysztof Żuk, kilka tygodni temu zapewniał, w czasie kolejnej rocznicy lubelskich strajków kolejarzy, że muzeum powstanie na jubileusz 700-lecia Lublina. Więc już za rok dawna lokomotywownia powinna zyskać nowy, atrakcyjny wygląd i stać się ważnym miejscem na kulturalnej i historycznej mapie naszego miasta. Jako ilustrację do tego wpisu postanowiłam załączyć zdjęcie fragmentu dawnych zabudowań lubelskiej lokomotywowni. Oby w przyszłym roku fotografia była już tylko częścią bogatej dokumentacji historycznej dawnego królewskiego miasta o nazwie Lublin. Miasta, z którego powinniśmy być – pomimo wszystko – dumni.

Lubelski czakram

www199Dzisiaj przypada piękna rocznica ukończenia średniowiecznych fresków w kaplicy Trójcy św. na lubelskim Zamku. 10 sierpnia 1418 roku Mistrz Andrzej i dwóch jego, nieznanych z imienia, pomocników, zakończyło prace nad polichromią, która do dziś zachwyca wielu a Lublin sytuuje wśród jedynie kilku miast Polski z tak wspaniałą dekoracją. Wyjątkowość malowideł jest równie ważna i ciekawa, jak i sam fakt umieszczenia daty zakończenia prac, na części łuku tęczowego świątyni. W średniowieczu twórczość artystyczna była anonimowa, dlatego fakt „podpisu” Mistrza Andrzeja pod dziełem sam w sobie jest już unikalny. A jeżeli dodamy jeszcze do tego informację, że fundator fresków, król Władysław Jagiełło postanowił uwiecznić dwukrotnie swoje oblicze – jako władca, który podjął się misji chrystianizacji, ale także zwykły człowiek, popełniający grzechy – mamy naprawdę wyjątkowe, historyczne miejsce. Dla mnie jest jeszcze jeden powód, który stanowi o unikalności miejsca – fakt istnienia czakramu, czyli miejsca, gdzie można poczuć dobrą energię, wprost z wnętrza Ziemi. W średniowieczu budynki sakralne wznoszone były w miejscach z „dobrą energią”. Czakram „bije” także w bazylice oo. Dominikanów, ale również na Wawelu w Krakowie. Istnienie dobrej energii jest udowodnione naukowo, pozostaje więc wybrać się na spacer do Muzeum Lubelskiego i odnaleźć to wyjątkowe miejsce, w kaplicy, gdzie można ją poczuć. Dobrym pretekstem do odwiedzin jest rocznica ukończenia prac nad freskami. Właśnie dzisiaj. Zapraszam więc do Muzeum na Zamku w Lublinie. Bo to miejsce jest naprawdę wyjątkowe…

Monachium…

…nic nie będzie tu już takie samo. Kilka lat temu byłam w stolicy Bawarii, w ramach podróży studyjnej dla polskich dziennikarzy. W wolnym czasie, wraz z koleżanką, wybrałyśmy się na plac przed ratuszem miejskim – akurat trwał tam koncert jakiegoś zespołu. Koleżanka poprosiła, żebym poczekała na nią i … zanim cokolwiek zdążyłam powiedzieć – zniknęła w tłumie bawiących się. Byłam przerażona – obce miasto, koncert, a ona – dziennikarka, fotoreporterka, z wysokiej klasy aparatem fotograficznym, sama prosiła się o kłopot. Oczywiście miałam na myśli kradzież drogiego sprzętu. Kiedy kilka minut później Agnieszka uśmiechnięta pojawiła się znowu przy mnie – nic złego się nie stało. – Wiesz co się mogło stać? – miałam do niej pretensje. – Przecież ktoś mógł wyrwać ci z ręki aparat… Agnieszka przestraszyła się trochę, przeprosiła mnie – faktycznie, nie pomyślałam… Wieczorem, w ramach naszego programu pobytu w Monachium, mieliśmy spotkanie przy kolacji z przedstawicielem władz miasta. – Nie będę mówił Państwu o zabytkach, bo część na pewno odwiedzicie, nie będę opowiadał o gospodarce, bo macie w planach wizyty w firmach z tutejszej „Doliny Krzemowej”, powiem tylko, że możecie chodzić po mieście o każdej porze dnia i nocy i nic wam się nie ma prawa stać. Tutaj nie ma kradzieży, rozbojów. To bezpieczne miasto…
Dla mnie była to najlepsza promocja miasta. Zresztą kilka dni później znowu miałam okazję przekonać się, że Monachium to wyjątkowo przyjazne i miłe miasto. Agnieszka namówiła mnie na przejazd metrem pod stadion Allianz Arena. Znowu chciała zrobić zdjęcia do swojego czasopisma. Był już czerwcowy późny wieczór. W drodze powrotnej, w wagonie kolejki podróżowali kibice piłkarscy – właśnie skończył się na stadionie mecz. Żeby było ciekawiej – z jednej strony wagonu jechali „gospodarze”, z drugiej – „goście”. Byłam pewna, że zaraz zacznie się awantura, wyzwiska. Tymczasem – po obu stronach wagonu kibice śpiewali, w zasadzie był to „pojedynek na głosy”. A gdy jedna grupa wysiadła na kolejnym przystanku – druga przyjaźnie machała przez okna, żegnając kolegów-kibiców przeciwnej drużyny… To było wyjątkowe doświadczenie. Po powrocie do Lublina umówiłam się na rozmowę z ówczesnym dyrektorem Biura Promocji Miasta, by porozmawiać o tych pozytywnych doświadczeniach i zachęcić do zwiększenia działań dotyczących bezpieczeństwa, nie tylko mieszkańców, ale także turystów, bo ci, zwłaszcza z zagranicy, nie mogli czuć się bezpiecznie, zwłaszcza na Starym Mieście… Na szczęście, przez kilka kolejnych lat, wiele w Lublinie zmieniło się. Na plus. Szkoda, że nie można dziś tego powiedzieć o stolicy Bawarii. Od wczoraj Monachium nie jest już takie samo. Wiele czasu musi upłynąć, by mieszkańcy i turyści mogli znowu poczuć się tu bezpiecznie. Na pewno jednak nic nie będzie już tu takie samo…

Tu, gdzie była lokomotywownia, powstanie muzeum…

Dzisiaj w Lublinie, na terenie byłej lokomotywowni, przedstawiciele władz rządowych i samorządowych oraz kolejarze świętowali kolejną – 36. rocznicę strajków kolejarskich. „Stąd ruszyła lawina…” – śpiewał w ubiegłym roku, w Gdańsku Krzysztof Cugowski, a piosenka stała się pewnego rodzaju motywem przewodnim lubelskich obchodów. Ulewny deszcz był dzisiaj nieodłącznym towarzyszem rocznicowej mszy i okolicznościowych przemówień. Ci, dla których miejsca nie wystarczyło pod specjalnymi namiotami, chowali się pod daszkami dawnych zabudowań należących do lokomotywowni. Zbudowane z cegły budynki otwierane są już tylko z okazji rocznicowych uroczystości, szkoda, że niszczeją…
Na szczęście nie martwiłam się długo stanem zabytkowych obiektów. Jeden z mówców, prezydent Krzysztof Żuk, dziękując uczestnikom wydarzeń sprzed 36 lat na lubelskim węźle kolejowym obiecał, że jest już po rozmowach z przedstawicielami Zarządu PKP SA i na przyszłoroczne obchody 700-lecia Lublina powstanie tu – na terenie dawnej lokomotywowni – muzeum, w którym młodzi ludzie będą uczyć się o historii tego miejsca „skąd ruszyła lawina”. To naprawdę dobra wiadomość. Dla mnie, entuzjastki kolei, jest ona szczególnie ważna – w ubiegłym roku odwiedziłam kompleks dawnych budynków lokomotywowni, oprowadzana przez jednego z uczestników kolejarskich strajków. Pytałam wówczas prezydenta Żuka o przyszłość tego miejsca – nie miał wówczas dobrych informacji. Rozmowy z władzami PKP przeciągały się w nieskończoność, nie było widać „światełka w tunelu”. Dzisiaj już wiadomo, że muzeum powstanie. Muzeum, w którym główną myślą będzie przesłanie solidarności ponad podziałami. Takiej, jaką dzisiaj można było poczuć podczas uroczystości rocznicowych – a której wyrazem są także życzliwość i empatia – miałam okazję doświadczyć ich dziś od nieznajomych kolejarzy wielokrotnie. Pomimo deszczu to był naprawdę miły dzień…

Lubelszczyzna po Brexit

Decyzja większości Brytyjczyków, związana z wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, będzie miała wpływ nie tylko na sytuację polityczno-gospodarczą Wspólnoty, ale także na poszczególne jej regiony, w tym Lubelszczyznę, wciąż jeden z najsłabiej rozwiniętych obszarów UE. Bo to z Lubelszczyzny właśnie do Wielkiej Brytanii, głównie w poszukiwaniu pracy, wyjeżdżają mieszkańcy regionu. Jak powiedział mi rzecznik prasowy Portu Lotniczego Lublin zainteresowanie lotami wzrasta a liczba pasażerów stale się zwiększa, podobnie jak liczba lotów do Londynu (Luton i Stansted), Doncaster Sheffield i Glasgow. Do Londynu Luton w sezonie letnim samoloty z Lublina odlatują codziennie. Piotr Jankowski zapewnia, że w każdym samolocie wykupionych jest przeciętnie 90 proc. biletów, a w sezonie letnim, który właśnie się rozpoczął, pasażerowie zajmują ok. 95-96 proc. miejsc.
Nie można jednoznacznie stwierdzić, ilu lublinian pracuje w Wielkiej Brytanii – dane z przeprowadzonego w 2011 roku Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań wskazują, że liczba emigrantów przebywających za granicą czasowo, powyżej 3 miesięcy, w Wielkiej Brytanii to dokładnie 41 820 osób. Z informacji Urzędu Statystycznego w Lublinie wynika, że liczba migracji zagranicznych na pobyt stały do Wielkiej Brytanii to zaledwie 161 osób w 2012 roku, 352 osoby rok później i 287 w 2014 roku. Za ubiegły rok brak jest danych. Pobyt czasowy powyżej sześciu miesięcy zadeklarowało w kolejnych latach 2012 do 2015 – 699, 785, 760 i 602 osoby. Te liczby nie robią wrażenia… Bo mieszkańcy i ich rodziny często – z różnych przyczyn, np. by nie tracić zasiłku, renty lub od niedawna, 500 plus – decydują się nie zgłaszać faktu dłuższego wyjazdu do odpowiednich instytucji.
Komisja Europejska i Rada UE chcą, by Brexit odbył się jak najszybciej. Z pewnością fakt wyjścia Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty będzie miał wpływ na popularność migracji zarobkowej Polaków, głównie lublinian. Zmienią się kierunki lotów, prawdopodobnie zacznie być oblegana Skandynawia, a część osób pracujących na Wyspach zdecyduje się na powrót do kraju. Na co mogą liczyć wracający na Lubelszczyznę? Przede wszystkim na możliwość dobrego zainwestowania ciężko zarobionych funtów. I rozpoczęcie własnej działalności, bo instytucje sektora bankowego już zaczynają myśleć o pozyskaniu tej grupy klientów. Jeden z bankowych liderów oferty dla biznesu, w tym także dla osób planujących założyć własną działalność, proponuje – obok systemu atrakcyjnych kredytów -  również efektywne wsparcie w uzyskaniu dotacji z funduszy UE poprzez pomoc w poprawnym przygotowaniu dokumentów finansowych. Przyszli i obecni przedsiębiorcy mogą liczyć także na doradztwo w zakresie nowych technologii i rozwiązań dla biznesu. Ważnym wsparciem dla przedstawicieli małych i średnich firm Lubelszczyzny może być poza tym oferta Krajowego Punktu Kontaktowego ds. Instrumentów Finansowych Programów UE, działającego przy Związku Banków Polskich. Pracownicy Punktu ułatwiają przedsiębiorcom dostęp do preferencyjnego dofinansowania UE, ale także proponują udział w spotkaniach informacyjnych i brokerskich, odbywających się na terenie kraju, również poza granicami, głównie w Brukseli. Punkt Kontaktowy to instytucja, odpowiadająca w Polsce za wdrażanie tzw. Planu Junckera, czyli Planu Inwestycyjnego dla Europy. Celem Planu jest efektywne wykorzystywanie funduszy pochodzących z UE dla pobudzania i utrzymania kreatywności przedsiębiorców w Europie. Gdy Plan Junckera wprowadzano w życie kilkanaście miesięcy temu nikt wówczas nie myślał o możliwym wyjściu Wielkiej Brytanii z UE. Dziś trzeba poważnie zastanowić się – a to przede wszystkim zadanie dla Polaków, którzy zdecydowali się przenieść swoje firmy na Wyspy lub rozpocząć tam swoją działalność – czy i kiedy przenieść swój biznes do Polski, także z powrotem – na Lubelszczyznę. Moim zdaniem ci, którzy szybko podejmą decyzje – mogą na tym skorzystać, bo obecne możliwości dla firm, także tych nowych, są dużo lepsze niż kilka lat temu. Coraz częściej, choć jeszcze nieoficjalnie, mówi się o bliższej i łatwiejszej współpracy gospodarczej z USA, władze samorządowe Lubelszczyzny niezwykle aktywnie zabiegają o umowy handlowe i biznesowe kontakty z Izraelem (tylko w czasie kilku pierwszy miesięcy tego roku samorządowcy, biznesmeni i przedstawiciele szkół wyższych oraz organizacji pozarządowych kilkakrotnie odwiedzili Izrael), a na horyzoncie coraz ciekawiej prezentuje się oferta hinduskiego biznesu, który na razie małymi krokami, ale coraz skuteczniej – poprzez misje gospodarcze i udział w międzynarodowych konferencjach – wkracza na Lubelszczyznę.
Jest więc szansa, że Brexit będzie miał też pozytywny wpływ na gospodarkę, zwłaszcza regionu lubelskiego. Bo przede wszystkim tutaj mieszkańcy mają nadzieję na zmiany, te prawdziwe zmiany. Na lepsze.

Obyśmy żyli w ciekawych czasach…

Te słowa wyjątkowo pasują do tego, co stało się właśnie w Unii Europejskiej, a właściwie – z Unią Europejską. Unia trzeszczy, chwieje się, pogrąża się w chaosie. Nie ma w tych słowach zbyt wiele przesady, bo niewiele osób – komentatorów, polityków i analityków rynków finansowych – zakładało możliwy scenariusz wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Jeszcze dwa dni temu jeden ze znanych polskich ekonomistów zapewniał w Lublinie, że nie grozi nam unijny kryzys, bo Brexit to wymysł przeciwników Unii, którzy są w zdecydowanej mniejszości. Żal mi dzisiaj tego ekonomisty, ale – żal mi także tego, że Unia nie będzie już taka, jak dawniej. Jeszcze kilkanaście lat temu, gdy Polacy przygotowywali się do referendum, Wspólnota jawiła się jako najlepsza, stabilna struktura, która zapewni spokój militarny i ekonomiczny dobrobyt swoim członkom. Polityka wyrównywania szans poprzez przekazywanie funduszy biedniejszym regionom, członkom Wspólnoty, była prawdziwym „światełkiem w tunelu” dla krajów, które przez lata tkwiły w realnym socjalizmie. Jeszcze do wczoraj to „światełko” oznaczało dalsze finansowe wsparcie na kilka kolejnych lat m.in. dla Polski. Dziś, wydaje się, pozostał ciemny tunel, w którym na próżno szukać drogi i wyjścia. Unia znalazła się na rozdrożu, a Brytyjczycy – poprzez „nie” dla Wspólnoty – pokazali Unii czerwoną kartkę. To „nie” to brak akceptacji dla zbyt dużych płatności Wielkiej Brytanii do unijnego budżetu, to „nie” dla imigrantów, wreszcie – to brak zgody na asekuracyjną politykę prowadzoną przez Komisję Europejską. Paradoksalnie wyniki brytyjskiego referendum miały być – w zamierzeniach premiera Camerona – ostrzeżeniem dla Wspólnoty i wymuszeniem szybszych reform UE. Faktycznie stały się początkiem końca najbardziej śmiałego projektu europejskiego, który – w zamyśle twórców, m.in. Roberta Schumanna, zwanego Ojcem Europy – miał zapewnić silną i zjednoczoną Europę, wolną od stereotypów i uprzedzeń, wyrównującą szanse i możliwości, zapewniającą mieszkańcom coraz lepsze warunki życia i pracy. Dziś te ideały, za sprawą decyzji Brytyjczyków, odchodzą w zapomnienie. Unia, jako Wspólnota, będzie walczyć o przetrwanie, o utrzymanie coraz bardziej słabnącej pozycji na arenie politycznej i gospodarczej świata.
Co Brexit oznacza dla Polski? Z pewnością radykalne zmniejszenie, o ile nie całkowitą likwidację, dopłat dla rolników. Brytyjscy farmerzy przez kolejne lata wspierali polskich kolegów w bataliach w unijnych instytucjach o jak najwyższe dopłaty. Dziś polscy rolnicy pozostają sami… Kolejna sprawa – zmniejszone wpłaty do wspólnego unijnego budżetu skutkować będą mniejszymi kwotami dostępnymi w kolejnych konkursach o unijne dotacje. Nie stanie się to za dzień, dwa, ale przy uchwalaniu kolejnego unijnego budżetu rocznego cięcia będą koniecznie. Najsmutniejsze jest jednak to, że Unia już na zawsze traci to, co było w niej najcenniejsze – silne podstawy polityczne i ekonomiczne, oparte na współpracy i solidarności. Od dziś nic nie będzie już takie samo.

Pamięci Roberta Kuwałka…

…dzisiaj przypada druga rocznica niespodziewanego odejścia Roberta, wybitnego znawcy tematyki Holocaustu i historii Żydów. W niezwykle ciekawy sposób lubelskiego historyka upamiętnili przyjaciele z jednej z organizacji pozarządowych, tworząc projekt „Cztery strony bajek”, który otrzymał dofinansowanie z Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Bajka pt. „Golem Rabina Eliasza” to opowieść o mitycznej postaci, stworzonej przez znanego chełmskiego rabina. Robert opisał tę historię, a ta – stała się inspiracją dla twórców animowanej wersji opowieści. Turyści, przyjeżdżający do Chełma z zagranicy, znają tę opowieść, ale to dzięki Robertowi dostała ona drugie życie.
Kiedy w ubiegłym roku, w czerwcu, niemal w rocznicę śmierci Roberta, podróżowałam do Chełma, czytałam legendę o Golemie. I wspominałam mojego Kolegę, z którym łączyła mnie pasja do historii i teatru. Nie byłam wcześniej w Chełmie, opisywanym na kartach powieści Singera, jako turystka, dlatego to opisy Roberta były dla mnie „przewodnikiem” po mieście. Gdy zapytałam jedną z mijanych osób o drogę, okazało się – po kilku wymienionych zdaniach, że Pani Dorota, pracownik Muzeum Chełmskiego, doskonale znała Roberta. Czy to nie piękny zbieg okoliczności? Z Panią Dorotą do dziś jesteśmy w kontakcie i wspominamy przypadkowe spotkanie w czerwcowy poranek, ubiegłego roku.
Roberta nie ma już od dwóch lat, ale Jego działalność – publikacje, artykuły naukowe i prasowe, ale także praca jako przewodnik wycieczek – do dziś jest inspiracją dla wielu, nie tylko Jego znajomych i przyjaciół.
Dziwnym zbiegiem okoliczności także dzisiaj przypada 13. rocznica śmierci Pana Józefa Honiga, wieloletniego opiekuna starego cmentarza na lubelskiej Kalinowszczyźnie. Pan Józef, wiele lat temu, opowiadał mi, że bardzo by chciał, żeby historie, opowiedziane turystom i gościom, odwiedzającym cmentarz, stały się nie tylko częścią przeszłości, ale istotnym elementem życia, Jego życia. „Zostanie po mnie ślad…” – tak zatytułowałam kiedyś artykuł o Panu Honigu, opublikowany jeszcze za życia Pana Józefa. Był to cytat z kilkugodzinnej rozmowy, której fragmenty wykorzystałam w artykule. Ten tytułowy „ślad” pozostał, nie tylko po Panu Honigu, ale także po Robercie Kuwałku. Niewielką częścią tego „śladu” jest ten wpis…

Jak innowacje to przede wszystkim w Izraelu

Niedawno obchodzona była uroczyście, także w naszym kraju, 68. rocznica niepodległości Izraela. Dzisiaj, z tej okazji, w najstarszej lubelskiej synagodze, odbył się okolicznościowy koncert lubelskiego poety i barda, Andrzeja Samborskiego z zespołem. Dla mnie Izrael, a znam ten kraj z relacji wielu znajomych i przyjaciół, kojarzy się z najlepszymi rozwiązaniami technologicznymi, ale także – troską rządu o mieszkańców i pracowników, by stworzyć jak najlepsze warunki do życia i pracy. Władze Izraela – poprzez odpowiednie przepisy prawa – umożliwiają instytucjom publicznym i rządowym zamawianie i zakup innowacji w prywatnych firmach. Czy może być lepsza zachęta i wsparcie dla biznesu ze strony rządu? To doskonały wzór do naśladowania dla innych krajów, w tym Polski. Izraelczycy, ze względu na tragiczną przeszłość, ale również współczesne problemy, są niedościgłym wzorem w zakresie innowacyjnych pomysłów dotyczących obronności, biotechnologii, medycyny i informatyki. Nie da się ukryć, że wiele innowacji nie miałoby szans na powstanie, gdyby nie różnorodność religijna i etniczna Izraela. Około 20 procent społeczności kraju zamieszkują wyznawcy chasydyzmu – a zgodnie z zasadami religii, rodziny chasydzkie utrzymywane są z podatków pozostałej części mieszkańców – jednak nie jest to problemem, a wyzwaniem, by w pogoni za innowacyjnością pozostać w zgodzie z podstawowymi zasadami tradycji chasydów, którzy mają spory wpływ na teraźniejszość i przyszłość Izraela.
Jak mówił konsul Polski w Izraelu, który gościł w starej synagodze, zmiany klimatyczne i ocieplanie się klimatu nie są problemem dla innowatorów w Izraelu, którzy – na podstawie dotychczasowych osiągnięć, w tym rozwiązań stosowanych wiele lat wcześniej w tym kraju – opracowali już nowoczesną technologię energooszczędnych budynków. Niezależnie od temperatury na zewnątrz – w środku budynku jest przyjemny chłód, a klimatyzacja jest zbędna.
Wiele ciekawych, innowacyjnych rozwiązań z Izraela można zastosować w naszym kraju. Potrzebne są tylko, albo aż, niezbędne fundusze i współpraca, nie tylko w zakresie turystyki, pomiędzy Izraelem i Polską.
Lublinianie już dostrzegają szansę na szybszy rozwój miasta i regionu, dzięki polsko-izraelskim kontaktom. Nieoficjalnie wiadomo, że czynione są starania o bezpośrednie loty z Lublina do Tel-Avivu. Jeżeli faktycznie będzie to kwestia kilku najbliższych miesięcy, to jest szansa, że ciekawe rozwiązania z Izraela znajdą swoje zastosowanie także w przygranicznych regionach UE. I uda się efektywnie wykorzystać dostępne jeszcze fundusze UE z obecnej perspektywy 2014-2020, na wdrażanie innowacyjnych rozwiązań z Izraela w lubelskich firmach.