Lubelscy strażacy na medal!

Dotychczas relacjonowałam, dla Czytelników lubelskich gazet, m.in. „ostry dyżur” w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, ćwiczenia na poligonie w Nowej Dębie, jeździłam z policyjnym patrolem „na zdarzenia”, dotąd jednak nie pisałam o akcji prowadzonej przez strażaków. Życie pisze najciekawsze scenariusze, oby tylko wszystko skończyło się dobrze. A zdarzenie, które chcę opisać – tym razem dla Czytelników mojego bloga – ma swój szczęśliwy finał. Nie życzę jednak nikomu, by przeżył taką noc, jaka stała się udziałem mieszkańców kilku klatek bloku przy jednej z ulic lubelskiego Czechowa. Tuż po północy ze snu wyrwał mnie zapach spalenizny. Na suficie pokoju, w którym spałam, „biegały” niebieskie lampki. Zerwałam się z łóżka i wyjrzałam przez okno. Przed klatką stały dwa wozy strażackie z włączonymi, migającymi, niebieskimi światłami i pracującą głośno pompą. Szybko ubrałam i chciałam szybko pobiec do sąsiadów. Nikt nie ogłosił ewakuacji, ale o tym, że jest nieciekawie, świadczyły pootwierane na oścież okna na klatce. Jestem pewna, że zrobili to strażacy, którzy w ten sposób dbali o odpowiednią, pomimo trudnych warunków, wentylację klatki. Kłęby dymu były tak duszące, że musiałam szybko wrócić do mieszkania. Patrzyłam przez okno na strażaków, którzy szybko wykonywali przyjęte w takiej sytuacji procedury. Gdy usłyszałam głosy na klatce wybiegłam, by dowiedzieć się, co się stało. Sąsiedzi przekazali mi informację, że pożar wybuchł w sąsiedniej klatce, w piwnicy, ale strażacy opanowują sytuację. Emocje nie pozwoliły wrócić do łóżka, przez okno obserwowałam, co się dzieje. Byli już także policjanci, którzy z pewnej odległości przyglądali się akcji. Dopiero po jej zakończeniu mogli przystąpić do sporządzenia dokumentacji zdarzenia. Akcja trwała około 1,5 godziny. Kiedy strażacy zaczęli zwijać jeden z węży gaśniczych, odetchnęłam – sytuacja była opanowana. Jedna z brygad strażackich była gotowa do odjazdu. Ale wcześniej strażacy z obu pojazdów podeszli do siebie i wykonali gest „żółwika”. To było bardzo miłe pożegnanie. Strażacy z brygady o numerze 304-21 (oznaczenie widoczne jest z góry, dlatego nie miałam problemu by je dostrzec) pozostali jeszcze na posterunku. Odjechali dopiero po dłuższym czasie, po zakończeniu wszystkich wymaganych w takich sytuacjach, procedur.
Byłam pod wrażeniem akcji, chociaż przebudzenie z powodu duszącego zapachu spalenizny było koszmarnym doświadczeniem. Najważniejsze, że strażacy spokojnie wykonywali swoje czynności, a mieszkańcy okolicznych bloków i klatek nie byli niepokojeni. Bo najgorsze, co może się wydarzyć to panika, a spanikowane osoby to dodatkowe zagrożenie i konieczne działania, np. przyjazd specjalnych autobusów MPK, gotowych do pracy w sytuacjach zagrożenia życia i zdrowia ludzi. Tu na szczęście obyło się bez ewakuacji, a strażacy spisali się na medal.
Zadzwoniłam dzisiaj do Pana Kapitana Andrzeja Szaconia, Oficera Prasowego Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej. Z gratulacjami i podziękowaniem za modelowo przeprowadzoną akcję. – Nigdy wcześniej nie widziałam strażaków w akcji na „własne oczy” i jestem pod wrażeniem ich spokoju i opanowania – mówiłam. Pan Kapitan zapewnił mnie, że strażacy przechodzą specjalne badania psychologiczne, szkolenia i mają niezbędne doświadczenie, ale także – konieczne predyspozycje do pracy w takich, trudnych warunkach. – Cieszę się, że przekazuje mi Pani swoje wrażenia i dobrą ocenę naszej pracy. Rzadko się zdarza, żeby zadzwonił ktoś z gratulacjami, zazwyczaj jest tak, że mieszkańcy są niezadowoleni i krytykują to, co widzieli. Przekażę jutro tę opinię Panu Komendantowi.
Chociaż zapach spalenizny na klatce będzie unosić się jeszcze na pewno przez kilka kolejnych dni, najważniejsze, że nikomu nic się nie stało. Policja prowadzi dochodzenie dotyczące przyczyn pożaru. A ja – chociaż nocne bieganie po klatce przypłaciłam przeziębieniem – będę zawsze wdzięczna lubelskim strażakom za ich spokój, opanowanie i wspaniałą pracę zespołową. Gdyby nie ich szybkie działanie nie wiadomo, jakie skutki dla zdrowia i życia mieszkańców mógłby mieć ten nocny pożar. Dziękuję i życzę, by takich akcji było jak najmniej, ale także – by zawsze miały dobre zakończenie.

Panie Jacku, Panie Ministrze, Panie Przewodniczący, Panie Europośle…

Wiadomość o kandydaturze Jacka Saryusz-Wolskiego na Przewodniczącego Rady Unii Europejskiej jest dla mnie szokiem. Polski rząd zdecydował o poparciu dla byłego Ministra ds. Europejskich, byłego szefa, byłego już Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej, Przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Europejskiego, wreszcie – Europosła. Jacek Saryusz-Wolski był jednym z polityków, który wniósł bardzo duży wkład w proces negocjacji warunków uczestnictwa Polski w strukturach unijnych. I jako jeden z polskich „ojców” naszego wejścia do UE i dotychczasowego sukcesu Polski w unijnej Wspólnocie ma zapewnione ważne miejsce w europejskiej historii rozszerzenia UE.
Kilkakrotnie miałam możliwość rozmowy z Panem Ministrem, późniejszym Przewodniczącym Komisji w PE i niestety – muszę przyznać, że nie były to spotkania miłe, wręcz przeciwnie – Jacek Saryusz-Wolski to trudny rozmówca, a jednocześnie – bardzo inteligentny i przebiegły polityk, któremu nie obce są techniki manipulacji. I Pan Europoseł nie waha się stosować ich także wobec dziennikarzy.
Kiedy pierwszy raz miałam możliwość rozmowy z Panem Ministrem, w roku 2000, w UKIE, zadałam m.in. pytanie dotyczące przyszłości Lubelszczyzny w UE. Chodziło mi o zagrożenie, o którym mówili politycy ówczesnych partii opozycyjnych – że Lubelszczyzna, podobnie jak inne regiony graniczne na wschodzie Polski, po naszej akcesji do UE stanie się „strefą buforową” UE. Czyli – że nie będzie tu przemysłu i fabryk, które mogłyby – w przypadku jakiegokolwiek konfliktu międzynarodowego – stać się łatwym celem. „Czy Lubelszczyzna po wejściu do UE nie stanie się strefą buforową”? – zapytałam. A Pan Minister rozbrajająco odpowiedział pytaniem: „A co to jest strefa buforowa”? „Niech Pan nie żartuje, doskonale Pan wie, rozumiem, że to trudne pytanie, ale jest ono bardzo istotne przed planowanym referendum dotyczącym naszego wejścia do UE, proszę odpowiedzieć…”. Pan Minister odpowiedział, że to, czy strefa będzie faktem zależeć będzie tylko i wyłącznie od mieszkańców i władz regionu, które otrzymają fundusze, jeszcze w ramach pomocy przedakcesyjnej, i powinny je zagospodarować jak najlepiej. „Wasza przyszłość zależy od was, nie od Warszawy, czy Brukseli” – przekonywał.
Kiedy Pan Minister był już kolejną kadencję Posłem do Parlamentu Europejskiego miałam możliwość kolejnego spotkania – tym razem w Kolegium Europejskim Natolin w Warszawie. Jacek Saryusz-Wolski jest nie tylko twórcą Kolegium, najstarszej i najbardziej prestiżowej instytucji edukacyjnej, specjalizującej się w europejskich studiach podyplomowych, ale także – był Wicerektorem Kolegium – w belgijskiej Brugii, i również – w Natolinie. Przypomniałam Panu Europosłowi moje pytanie sprzed kilku lat o strefę buforową i podzieliłam się swoim wrażeniem – strefa buforowa już staje się faktem we wschodniej Polsce. I podałam konkretny przykład – likwidację Cukrowni Lublin – zakładu nie tylko z długoletnią tradycją, ale przede wszystkim – doskonałą linią produkcyjną, posiadanymi unijnymi certyfikatami jakości. „No tak, no tak, limity cukru, faktycznie, to nasza porażka, mogliśmy zrobić więcej…” – Pan Poseł musiał przyznać mi rację, ale tylko na chwilę. „Macie jeszcze wiele szans i możliwości, są jeszcze fundusze UE, wykorzystujcie je, specjalny dedykowany program dla Polski Wschodniej…”. „Panie Przewodniczący, ale dlaczego nie ma tu możliwości dla finansowania inwestycji choćby w infrastrukturę kolejową, a przewidziane są fundusze np. na ścieżki rowerowe, wiem, ekologia – ale czy nie byłoby lepiej, gdyby mieszkańcy Lublina w poszukiwaniu pracy nie wyjeżdżali za granicę, a np. dojeżdżali szybką koleją do Warszawy – korzyści byłyby duże – i dla Lublina i Warszawy. Ścieżki rowerowe miejsc pracy nie stworzą… Absolwenci szkół wyższych wyjeżdżają…”. Pan Minister nie wahał się odpowiedzieć szybko i konkretnie „Niech się pani nie martwi, wrócą na Lubelszczyznę odpoczywać, macie piękne Roztocze, ścieżki rowerowe…”. Ale na moje konkretne pytania nie uzyskałam odpowiedzi, która niosłaby przesłanie dla mieszkańców Lublina i regionu, borykających się z brakiem zatrudnienia.
Widziałam się z Panem Europosłem jeszcze kilkakrotnie – w Brukseli i Strasbourgu. I za każdym razem obok szacunku dla wybitnego polityka, współtwórcy polskiego sukcesu w unijnych strukturach odczuwałam wątpliwości co do faktycznego zaangażowania w polskie sprawy, polskie problemy.
Teraz wątpliwości już nie mam. Jacek Saryusz-Wolski nie myśli już o dobrym obrazie Polski w unijnych strukturach. Na ten obraz pracował nie tylko obecny kandydat polskiego rządu na stanowisko szefa Rady Unii Europejskiej, ale setki, tysiące polityków, dziennikarzy, lobbystów. Dziś ten pozytywny wizerunek, budowany przez kilkanaście minionych lat, szybko zmienia się w jednoznacznie krytyczny, który przynosi dyshonor Polakom, którzy mieli nadzieję na lepsze, bardziej sprawiedliwe, życie w poszerzonej Unii Europejskiej. Jacek Saryusz-Wolski wiele mówił i ostrzegał przed wizją „Europy dwóch prędkości”, która była jednym ze scenariuszy na przyszłość poszerzonej UE. Dziś sam staje się niechlubną twarzą tej niekorzystnej dla Polski wizji. Panie Jacku, Panie Ministrze, Panie Przewodniczący, Panie Europośle – dlaczego? Ale wiem, że tym razem to pytanie pozostanie już bez odpowiedzi.

Rafał żegnaj… gdyby można było cofnąć czas…

Wiadomość o zaginięciu, a potem informacja o znalezieniu martwego Rafała Szostaka, wieloletniego kolegi, dziennikarza, bardzo mną wstrząsnęła. O jego poszukiwaniach i ich tragicznym finale rozpisywały się portale, także ogólnopolskie, ale również dziennik, w którym Rafał spędził wiele pięknych lat zawodowego życia – „Dziennik Wschodni”.
Rafała poznałam wiele lat temu, w czasie kursu dziennikarskiego, który organizował dla wszystkich zainteresowanych, ówczesny „Dziennik Lubelski”. Każdy z kilkudziesięciu uczestników intensywnego, kilkumiesięcznego szkolenia, miał swoje plany i marzenia związane z zawodem dziennikarza. Rafał chciał pisać o ekologii i to mu się udało – już jako dziennikarz związał się na długie lata z „Dziennikiem Lubelskim”, późniejszym „Dziennikiem”, a obecnie „Dziennikiem Wschodnim”. Spotykaliśmy się w redakcji często – byłam aktywnym współpracownikiem, a Rafał – jeżeli nie zbierał właśnie materiałów do kolejnego artykułu – pisał kolejny tekst. Wspólnie napisaliśmy kilka artykułów – o ekologii, w tym o Poleskim Parku Narodowym, gdzie jeździliśmy z Czytelnikami „Dziennika Wschodniego”. Wspólnie z Czytelnikami spacerowaliśmy wokół Zalewu Zemborzyckiego – na spacer Rafał zabrał wtedy Asię, swoją małżonkę, która oczekiwała wówczas ich pierwszego dziecka. Do dziś pamiętam tytuł naszej relacji z wyprawy – „Floryda, ptaki i naturyści”. To był tytuł wymyślony przez Rafała, który oddawał doskonale sedno naszego spaceru, ale także charakteru i umiejętności dziennikarskich mojego Kolegi – potrafił doskonale spuentować nawet najbardziej „skomplikowany”, wielowątkowy artykuł. Pamiętam, że Rafał odebrał kiedyś telefon od Czytelniczki, której nie spodobał się mój artykuł. Gdy mi o tym powiedział – nie było mi miło. Ale On od razu mnie pocieszył: „Nie martw się, niezadowoleni Czytelnicy są wkalkulowani w nasz zawód, musisz się z tym liczyć, każdy z nas miał takie sytuacje – nasze teksty nie mogą podobać się wszystkim, a jeżeli jest jakikolwiek odzew – to dobrze”.
Nasze dziennikarskie drogi rozeszły się, gdy ja rozpoczęłam pracę dla innej gazety, a Rafał pozostał w macierzystej Redakcji. Ale znajomymi, którzy razem stawiali pierwsze kroki w zawodzie – nie przestaliśmy być nigdy. Spotykaliśmy się – przypadkowo – w różnych, trudnych, ale i lepszych momentach życia. Wiedziałam, że Rafał odszedł z Redakcji i szukał pomysłu na siebie – ukończył kurs spawacza i wyjechał do Holandii. Było mi Go żal – kochał dziennikarstwo, ale musiał myśleć o rodzinie i tym, by ją utrzymać. Po kilku latach – powrócił i zaangażował w pracę nauczyciela, która – jak mi się wydawało – dawała mu satysfakcję i zawodowe spełnienie. Kilkanaście miesięcy temu spotkaliśmy się – jakżeby inaczej, przypadkowo – na jednej z ulic dzielnicy Czuby. Rafał mieszkał tam z rodziną, sprawiał wrażenie zadowolonego, ale i – głodnego nowych wyzwań. Planował doktorat w UMCS, ale chciał też spróbować swoich sił w działalności pozarządowej. Wymieniliśmy numery telefonów komórkowych, obiecaliśmy dzwonić do siebie, może spotkać się, porozmawiać… Rafał zadzwonił do mnie jakiś czas temu, rozmawialiśmy krótko – byłam mocno zajęta, zestresowana, miałam odezwać się… No i – w ferworze spraw zapomniałam… Teraz wiem, że Rafał miał problemy, chciał porozmawiać, może poradzić się, może pożalić…
W ubiegłym roku, także w lutym, pisałam o tym, jak ważni są przyjaciele, jak ważny jest poświęcony im czas… „Czas, który jest równie cenny jak życie”, pisałam we wpisie poświęconym walce z depresją. Mam nadzieję, że Rafał nie walczył z tą podstępną chorobą. Chociaż – przyczyna jego odejścia jest dziś sprawą drugorzędną – nic mu już życia nie wróci. Pozostaje smutek i żal – gdyby można było cofnąć czas…

Transplantacja – bo każdy z nas może być biorcą

Tytuł mojego dzisiejszego wpisu jest przewrotny. Praktycznie każdy z nas może być dawcą – co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości. Wystarczy podpisać deklarację woli i poinformować rodzinę, by uszanowano naszą decyzję, gdy przyjdzie czas… Ale biorcą? No właśnie – biorcą. Nie wiadomo kiedy może okazać się, że nagle zagrożone życie – nasze lub naszych najbliższych – może zostać uratowane tylko dzięki wyrażonej zgodzie – najczęściej obcych nam ludzi – na przeprowadzenie przeszczepu konkretnego narządu. W sytuacji gdy nic nam nie dolega nie myślimy o tym, bo po co. Ale co stanie się wtedy, gdy będziemy potrzebować pomocy?
Dzisiaj obchodzony jest w naszym kraju Ogólnopolski Dzień Transplantacji. Dokładnie 51 lat temu w warszawskim szpitalu odbył się pierwszy udany przeszczep nerki. Przez kilkadziesiąt lat, dzięki transplantacjom, nie tylko nerek, ale także wątroby, trzustki, czy płuc, udało się uratować tysiące ludzkich istnień. Każdy kolejny rok przynosi medyczne sukcesy w zakresie transplantologii, ale także – wyzwania, takie jak np. przeszczep krzyżowy dwóch niespokrewnionych ze sobą par. Jednak to, co najważniejsze w transplantologii to promocja idei dawstwa narządów. Lekarze są przygotowani na przeprowadzanie operacji ratujących życie, jednak bez społecznej świadomości i akceptacji dla przeszczepów, niewiele uda się zrobić. Dlatego – zamiast stawiać się w roli potencjalnego dawcy – oczywiście bardzo chwalebnej i ważnej – spróbujmy dzisiaj pomyśleć o tym, co by było, gdybyśmy to my, teraz, zaraz, ale może za miesiąc, rok, stali się tymi, którzy potrzebują pomocy i przeszczepu – biorcami.
Kiedy kilka lat temu pisałam jeden z pierwszych artykułów prasowych na temat transplantacji i zbierałam materiały do tekstu w jednym z lubelskich szpitali, młoda dziewczyna, z przeszczepioną kilka dni wcześniej nerką poprosiła mnie: „Niech pani nie przestaje pisać o transplantacji. To ważne nie tylko dla nas, leżących tu w szpitalu po udanych przeszczepach, ale dla wszystkich tych, którzy transplantacji zawdzięczają życie”. Czy nie łatwiej dziś podjąć decyzję o podpisaniu szlachetnej deklaracji woli, gdy uświadomimy sobie, że każdy z nas może być przecież biorcą…?

Parlament Europejski z polskimi wiceprzewodniczącymi

kkwywiad1Dzisiaj we francuskim Strasbourgu, w czasie sesji Parlamentu Europejskiego, wybrani zostali nowi wiceprzewodniczący. Wśród czternastu zastępców przewodniczącego znalazło się dwóch Polaków: Bogusław Liberadzki, europoseł z ugrupowania Socjalistów i Demokratów oraz Ryszard Czarnecki, członek prezydium Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Bardzo się cieszę, że obaj przedstawiciele polskich partii, SLD i PiS, znaleźli się obok siebie, otrzymując te zaszczytne funkcje. I nie chodzi tylko o to, że reprezentują oni dwie skrajnie różne polskie partie polityczne. Panowie bardzo się szanują, myślę, że doskonale współpracują, „ponad podziałami”, co podkreślił dwa lata temu w kuluarowej rozmowie z polskimi dziennikarzami Ryszard Czarnecki, który wówczas również był wiceprzewodniczącym PE. Mam wielką satysfakcję, że obu obecnych wiceprzewodniczących poznałam dwa lata temu, podczas pobytu w Parlamencie Europejskim. I miałam zaszczyt przeprowadzić z nimi wywiady dla ogólnopolskich pism. Z Ryszardem Czarneckim rozmawiałam m.in. o Partnerstwie Wschodnim i współpracy z Ukrainą, natomiast z Bogusławem Liberadzkim – m.in. o czwartym pakiecie kolejowym i ówczesnej inwestycji polskich kolei w składy Pendolino. Moja rozmowa z obecnym wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego, opublikowana na łamach Kuriera Kolejowego do dziś jest na stronie internetowej B. Liberadzkiego.
Bardzo bym chciała, by dobre relacje między wiceprzewodniczącymi PE stały się początkiem dobrej współpracy właśnie „ponad podziałami”, w naszym kraju. Obaj politycy będą mieli wiele możliwości reprezentowania PE poza granicami UE. Głęboko wierzę w to, że uda im się, jako Polakom, naprawić to, co zostało mocno w UE nadszarpnięte – szacunek i zaufanie do naszego kraju. Bo tego właśnie – wzajemnego szacunku i zaufania dziś nam potrzeba najbardziej.

Innowacyjne pomysły dla odpowiedzialnego rozwoju

Wczoraj w Centrum Projektów Europejskich w Warszawie odbyło się uroczyste podpisanie umowy o dofinansowanie projektu kształcenia lekarzy w zakresie m.in. endoskopii. W obecności m.in. Jerzego Kwiecińskiego, Sekretarza Stanu w Ministerstwie Rozwoju umowę podpisali dyrektorzy Centrum Projektów Europejskich i Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego. Lekarze będą podnosić kwalifikacje w oparciu o innowacyjne techniki symulacji medycznej, czyli – z wykorzystaniem fantomów. Co ciekawe – projekt ma charakter ponadnarodowy, bo w przedsięwzięciu, w roli partnera biorą udział naukowcy i ośrodki naukowo-dydaktyczne z Holandii. To właśnie holenderscy specjaliści są europejskimi liderami w projektowaniu rozwiązań edukacyjnych w zakresie symulacji medycznej dla systemu kształcenia podyplomowego lekarzy.
Uważny Czytelnik zapyta: „Po co o tym piszesz, skoro na pewno informują o tym media?“. Otóż – nie do końca. Z satysfakcją muszę napisać, że znalazłam się w niewielkim, ale bardzo zacnym gronie dziennikarzy i ekspertów, którzy uczestniczyli w krótkim spotkaniu i konferencji. I – co dla mnie było kompletnym zaskoczeniem – zostałam poproszona o wypowiedź – przed szacownym gremium – na temat moich doświadczeń jako eksperta w zakresie projektów i jednocześnie dziennikarki. Gdybym wcześniej wiedziała o tym „niecnym“ planie Pana Rzecznika Prasowego, z pewnością przygotowałabym krótkie wystąpienie, a tu – zostałam poproszona, z imienia i nazwiska, o prezentację swojego stanowiska. Nie ukrywam, że było to miłe doświadczenie, ale także – coś więcej. Okazuje się, że moja dotychczasowa, kilkuletnia już, współpraca z CPE jest ceniona przez Dyrekcję Centrum, stąd to „wywołanie do odpowiedzi“.
W czasie swojego krótkiego wystąpienia pogratulowałam inicjatywy, doskonałej koordynacji prac zespołu projektowego, podkreśliłam znaczenie projektu dla rozwoju medycyny, ale także współpracy międzynarodowej – wreszcie – zapewniłam, że będę z uwagą przyglądać się realizacji działań tego innowacyjnego, w skali naszego kraju, projektu, co spotkało się z konkretną, pozytywną reakcją ze strony przedstawiciela Ministerstwa Rozwoju. Cieszę się, że – nieoczekiwanie dla siebie – mam swój udział w promocji przedsięwzięcia. I jeszcze raz dziękuję Dyrekcji Centrum Projektów Europejskich za zaproszenie.

My Great Christmas Family

WP_20161224_09_14_35_ProTo już tradycja, że wigilijny dzień do późnego wieczora spędzam z gośćmi z USA, wykładowcami i studentami Uniwersytetu w Dallas. Trasa przejazdu tej jedynej – w świątecznym czasie – grupy zagranicznej w Polsce, po miejscach związanych z Holocaustem wiedzie także przez Lublin. Wspólnie odwiedzamy, w wigilijny poranek, Las Krępiecki i Muzeum w Bełżcu, w tym roku byliśmy jeszcze, w powrotnej drodze do Lublina, na cmentarzu żydowskim w Izbicy. W bożonarodzeniowe przedpołudnie odwiedziliśmy także Muzeum na Majdanku i dawną Akademię Rabinacką w Lublinie.
To już tradycja, że na moją amerykańską grupę, pod kierunkiem prof. Ricka Halperina, wykładowcy tematyki praw człowieka, czekam cały rok. A w czasie przejazdu staram się przekazać studentom, co roku innym, jak najwięcej informacji historycznych, ale także takich, które – jako aktualne – odnoszą się bezpośrednio do tematyki Zagłady.
Zapyta ktoś – dlaczego goście nie mogą przyjechać w inny dzień, w czasie innej pory roku? Też zadawałam sobie i prof. Halperinowi to pytanie. Profesor Rick, jak zawodowy dyplomata, uśmiechał się tylko i pytał: „Why not?”. Bo są święta? No właśnie, są święta, wielu z nas odwiedza w tym czasie groby swoich bliskich, nikt, albo prawie nikt nie zaświeci lampki pamięci przy pomnikach poświęconych tysiącom niewinnych istnień, które zginęły z powodu nienawiści, nietolerancji i uprzedzeń. Studenci zawsze są znakomicie przygotowani do tej wyjątkowej lekcji historii, jaką jest wizyta w Polsce, w ten świąteczny czas. W poszczególnych odwiedzanych miejscach wybrani studenci przekazują swoim kolegom i koleżankom oraz wykładowcom swoje przemyślenia, dzieląc się także fragmentami historycznych opisów. W swoje zadanie angażują się mocno – wiele razy głos łamie się od emocji, dłonie drżą, ukradkiem ocierane są łzy. Ale wszyscy są bardzo dzielni. Wzajemnie dodają sobie sił, obejmując się i trzymając za ręce. To ciepło serc, które przekazują sobie nawzajem, porównywalne jest z ciepłem świątecznych życzeń, serdecznych, składanych tym, których kochamy. Jak wielka musiała być kiedyś nienawiść, która zabiła tysiące, miliony niewinnych. Jak wielkie jest dziś ciepło tych młodych ludzi, którzy potrafią pokazać innym, na czym polega solidarność i empatia.
Na kilkanaście świątecznych godzin stałam się częścią tej pięknej amerykańskiej rodziny. „Christmas Family”, jak określiła naszą grupę jedna z uczestniczek. Przez cały rok, który się kończy, nie doznałam sama i nie byłam świadkiem takiej wzajemnej życzliwości i ciepła. Ciepła, które znaczy więcej niż najpiękniejsze słowa. Bardzo Wam dziękuję – drodzy amerykańscy przyjaciele! Tak jak powiedziałam Wam na pożegnanie – pamiętamy o świętach, większość z nas to katolicy, jednak zdecydowaliśmy się być „tu i teraz”, by wyrazić swoją pamięć i nieobojętność, wobec losów tych, których kiedyś tak niewyobrażalnie skrzywdzono. Dziękuję Wam za to, że chcieliście tu być. I pamiętajcie – mamy wspólne zadanie – mówić innym o tym, co tu się stało i nigdy więcej do tego nie dopuścić.

***

A teraz jeszcze tak bardziej „kameralnie”: Bardzo dziękuję Panu Profesorowi Rickowi Halperinowi, Sherry Aikman i Vicky Hill z Southern Methodist University w Dallas – bez Was nie byłoby tego wyjątkowego i ważnego przedsięwzięcia edukacyjnego. Bardzo dziękuję także Ryszardowi Podlodowskiemu, Wójtowi Gminy Mełgiew, który znalazł czas dla nas w wigilijny poranek – opowiadając gościom o działaniach w zakresie upamiętniania historii na terenie Gminy, ale również Piotrowi Plakwiczowi, który dbał o komfort naszego przejazdu i bezpieczeństwo na trasie.

Lublin bliżej Brukseli. Świąteczne iluminacje – „rue” Grottgera

WP_20161220_15_43_28_ProNa początku grudnia, tuż przed Mikołajem, miałam zaszczyt i przyjemność – przy okazji przygotowywania wywiadu dla jednego z ogólnopolskich pism – spotkać się z Panem Sławomirem Sosnowskim, Marszałkiem Województwa Lubelskiego. Tego dnia po raz pierwszy odwiedziłam lubelski urząd w nowej siedzibie, przy ul. Grottgera i przyznam, że byłam mile zaskoczona. Ulica przypomina mi przedmieścia Brukseli i swobodnie mogłaby nazywać się „rue” Grottgera. Po zakończeniu wywiadu pogratulowałam Panu Marszałkowi ciekawych rozwiązań architektonicznych wewnątrz i na zewnątrz budynku, podobnych do tych, jakie zastosowane zostały w Parlamencie i Komisji Europejskiej w Brukseli, ale także w Strasbourgu, gdzie Parlament Europejski ma swoją główną siedzibę. Pan Marszałek z zadowoleniem słuchał moich słów, podkreślając, że wspólnie z Prezydentem Krzysztofem Żukiem starają się jak najlepiej dbać o dobry wizerunek miasta i – jak widać – doskonale im się to udaje. I wspomniał o planach świątecznej iluminacji.
Iluminacje pojawiły się kilka dni temu i wzbudzają zachwyt przechodniów, oczywiście po zapadnięciu zmroku. A mnie jeszcze bardziej przypominają brukselskie ulice wokół Parlamentu i Komisji Europejskiej. Cieszę się, że mamy namiastkę stolicy Europy w Lublinie. Mamy świąteczne powody do dumy. Pomimo wszystko…

O szczepieniach na wesoło

Zaskoczył mnie bardzo krótki filmik o konieczności szczepień przeciwko grypie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że sam Główny Inspektor Sanitarny wcielił się w rolę Mikołaja, który na melodię „Jingle bells” wyśpiewuje kilka rymowanych zdań na temat konieczności szczepień. Chociaż filmik ma sporo fanów, nie brak głosów krytyki, że nagranie jest słabe, Inspektor nie potrafi śpiewać, niezbyt dobrze go słychać, i tak dalej. Dla mnie liczy się jedno – przesłanie utkwiło w pamięci wielu widzów, nie tylko dziennikarzy, szukających informacji o aktualnych programach, realizowanych przez Inspektorat. Mam nadzieję, że niebawem pojawią się efekty – wzrośnie liczba osób podejmujących decyzję o szczepieniach. Bo o to w tym wszystkim chodzi. A przekaz jest uroczy, doskonale wpisuje się w czas przedświąteczny, wywołuje konkretne emocje i jest zapamiętany. A dziennikarze stacji telewizyjnych pokazują ten mini-spot jako tzw. „michałka”, jak w języku mediów nazywa się krótki i zazwyczaj zabawny materiał filmowy prezentowany na zakończenie programu informacyjnego.
Z tego, co wiem, to nie pierwszy żartobliwy spot Głównego Inspektora Sanitarnego, z ważnym, społecznym przesłaniem. Myślę, że to doskonały sposób na dotarcie z informacją do jak najszerszego grona osób, zagrożonych, z powodu wieku czy stanu zdrowia, powikłaniami pogrypowymi. Chciałabym, żeby także szefowie innych inspektoratów, mieli wyjątkowy, ciekawy przekaz do konkretnych grup docelowych. Bo same konkursy, programy profilaktyczne i inne działania promocyjne zamieszczane na stronach internetowych i w mediach już nie wystarczą. Potrzebne jest to „coś”, na co patent znalazł Główny Inspektor Sanitarny. I za to wielkie gratulacje Panie Inspektorze!

Europejski pociąg z nowosądeckiego Newagu

DSC03977Dzisiaj na dworcu kolejowym w Nowym Sączu odbyło się uroczyste przekazanie sześciu – z planowanych dwunastu – elektrycznych zespołów trakcyjnych „Impuls II”, samorządowej spółce Koleje Małopolskie. Może wielu Czytelników mojego bloga będzie zastanawiać się, dlaczego postanowiłam temu wydarzeniu poświęcić tematyczny wpis, ale moim zdaniem to ważny dzień dla polskich kolei, ale także – producenta składów – nowosądeckiego Newagu. Już w połowie listopada składy „Impuls II” otrzymały zezwolenie Urzędu Transportu Kolejowego – jako kolejne po pendolino, produkcji Alstom i składach „Flirt” z siedleckiej fabryki Staedlera – na przewożenie pasażerów nie tylko po polskiej sieci kolejowej, ale także – sieci wybranych krajów europejskich. Wybranych, bo np. w Niemczech w sieci trakcyjnej jest inne, niż w polskiej, napięcie, natomiast przykładowo w Hiszpanii – są szersze od polskich tory. Nie przeszkadza to jednak Impulsom wjechać na tory Słowacji czy Czech, a w ruchu przygranicznym przemieszczanie się składów bez konieczności zmiany lokomotyw, czy maszynistów to istotny element tzw. interoperacyjności. Interoperacyjność to unijne zasady przemieszczania się pociągów pomiędzy poszczególnymi państwami UE. Bez spełnienia unijnych norm interoperacyjności polscy, ale i zagraniczni producenci taboru kolejowego, nie mogą planować ekspansji poza granice swojego kraju.
Cieszę się, że nowosądecki Newag dołączył do elitarnego grona polskich producentów, którzy doskonale radzą sobie na trudnym kolejowym rynku przewozów pasażerskich. Będę mocno trzymać kciuki za kolejne składy, które będą miały szansę wyjechać na konkretne europejskie tory. Bo konkurencja na europejskich torach staje się coraz większa, ale to dobrze, że Polska ma swoich przedstawicieli w tym elitarnym gronie.
Autorem zdjęcia, które stanowi ilustrację do mojego wpisu jest Damian Radziak z Newagu. Bardzo dziękuję także Panu Rzecznikowi Prasowemu Newagu – Łukaszowi Mikołajczykowi za przemiłą współpracę.