Kolej Nadwiślańska – przyszłość w kolorach Pendolino

PM_2007_1102_094520_1Chociaż do Warszawy z Lublina nie dojedziemy dzisiaj nawet niewielkim odcinkiem dawnej Kolei Nadwiślańskiej – z powodu remontu linii 7 – to za niecałe półtora roku linia Lublin-Warszawa ma szansę rozbłysnąć blaskiem, o jakim jej budowniczym sprzed ponad wieku zapewne nawet się nie śniło. Właśnie dzisiaj, 17 sierpnia, przypada 140. rocznica istnienia dawnej Kolei Nadwiślańskiej – tego dnia uroczyście otwarto linię kolejową z Mławy do Kowla, której trasa wiodła przez Warszawę, Lublin i Chełm. Nazwana została Koleją Nadwiślańską i była drugą, co do ważności trasą kolejową, po Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, otwartej w 1845 roku.
Całkowita długość linii wraz z odgałęzieniami, które podlegały zarządowi Kolei Nadwiślańskiej, wynosiła 540 km. By uruchomić Nadwiślankę trzeba było wznieść 181 mostów i wiaduktów, w tym 76 żelaznych, zbudować 27 stacji, w tym dwa dworce murowane – w Mławie i w Lublinie.
Tabor linii składał się z 36 parowozów, 700 wagonów towarowych i kilkunastu wagonów osobowych oraz pocztowych. Na stałe uruchomiono jeden pociąg pocztowy, jeden osobowo-towarowy, cztery pociągi towarowe i dwa wojskowe.
Z łezką w oku czyta się dzisiaj relację z końca sierpnia 1877 roku, którą Gazeta Lubelska zamieściła z powodu awarii pociągu pocztowego. Pociągiem podróżowali oczywiście także pasażerowie. Otóż ruszyła luzem w kierunku ku Lublinowi lokomotywa nowa, którą zamierzano wypróbować. Próba widocznie konieczną była, bo na szóstej wiorście resor pękł u wysłanej lokomotywy, która stanęła w miejscu i zatamowała linię tak, iż ani nadchodzący z Lublina pociąg, ani odchodzący z Warszawy wolnego przejazdu nie miały. Ponieważ oczyszczenie linii z lokomotywy długiego czasu wymaga, przeto, w uwzględnieniu słusznych reklamacyj zniecierpliwionych pasażerów, wyprawiono ich pociągiem z Pragi do miejsca zatamowanego, tam zaś przesiedli się do pociągu nadeszłego z Lublina, którym dalej pojechali – zaś pasażerowie z Lublina przesiedli się do pociągu z Pragi wysłanego, w którym podróż swą kontynuowali. Przy wypadku tym maszynista uległ ciężkiemu skaleczeniu i złamaniu ręki, a dwaj jego pomocnicy mniejsze skaleczenia i kontuzye odnieśli”.
Dziennikarze „Gazety Lubelskiej” byli wyjątkowymi orędownikami Kolei Nadwiślańskiej, o czym świadczyć mogą te zdania: „Miara przestrzeni na mile znika, a zastępuje ją rachunek na godziny. Kilka zaledwie takich godzin oddziela nas już od ogniska umysłowego ruchu krajowego, od Warszawy, a jednej tylko doby potrzeba ażeby produkta nasze znaleźć się mogły przy okrętach, stojących w jednym z główniejszych portów handlowych”. Istotnie, to był historyczna szansa i faktyczny skok gospodarczy i kulturalny, jak stwierdzono na łamach pisma: „W dziejach prowincyi naszej otwarcie Drogi Żelaznej Nadwiślańskiej epokę stanowi”.
Pociągami Kolei Nadwiślańskiej przyjeżdżali do Lublina artyści, dziennikarze, przedsiębiorcy, politycy. Ale nie tylko Lublin otrzymał swoją epokową szansę na rozwój. Także Nałęczów, do którego prowadziła droga od obecnej stacji Sadurki, zyskał uznanie i sławę, dzięki przyjazdom, właśnie Koleją Nadwiślańską, znanych twórców, pisarzy, jak np. Stefan Żeromski. Wrażenia z przejazdu późniejszy pisarz zawarł we fragmencie swojej znanej powieści „Ludzie bezdomni”, gdzie m.in. opisuje podróż niesfornego chłopca, swawolnego Dyzia. Inspiracja do opisów kolei pochodziła z własnych doświadczeń Żeromskiego.
Nie ma wątpliwości, że nie tylko Lublin zyskał na uruchomieniu kolei żelaznej, choć była tu jedna z ważniejszych stacji na trasie z Mławy do Kowla. Dzięki uruchomieniu przejazdów linią nadwiślańską pracę na kolei znalazło 2,5 tys. osób.
Obecna modernizacja linii nr 7, która biegnie częścią trasy dawnej Kolei Nadwiślańskiej zbiegła się z uruchomieniem – od obecnego rozkładu jazdy – przewozów pasażerskich na trasie z ukraińskiego Kowla do Chełma. Jedno jest pewne – dawna Nadwiślanka powoli odzyskuje swoje znaczenie i być może – za kilka lat – na jej torach pojawi się pierwsze Pendolino…
Zdjęcie pochodzi ze zbiorów Muzeum Lubelskiego – Muzeum Historii Miasta Lublina, ale nie byłoby go przy moim wpisie, gdyby nie pasja i zaangażowanie Pana Jacka Rutkowskiego, maszynisty-instruktora PKP Intercity i jednocześnie miłośnika kolei, który zainspirował mnie do poszukiwania fotografii Kolei Nadwiślańskiej.

Hipermarket zamiast kościoła

Zmarł mój tata. Chciałam, w imieniu rodziny, powiedzieć kilka zdań pożegnania w kościele, podczas ceremonii pogrzebowej. Byłam u księdza, w parafii rodziców. I – ku mojemu rozżaleniu – ksiądz nie zgodził się na moje wystąpienie. – Nie ma takiej możliwości, wszystko jest zaplanowane co do minuty, teraz przez te upały ludzie masowo umierają, nie ma czasu na pożegnania od rodziny, bo pod kościołem na wniesienie następnej trumny czekają już kolejni żałobnicy – usłyszałam. Byłam w szoku. – Proszę księdza, ale to jest ostatnie pożegnanie, dlaczego ksiądz nie pozwala mi na wypowiedzenie tylko kilku zdań, nie zajmę dłużej niż dwie minuty – moje prośby były bezskuteczne i jeszcze rozsierdziły mojego rozmówcę. – To może ja przedstawię pani liturgię pogrzebową, a pani wskaże mi, które zdania mam wykreślić, żeby pani mogła coś powiedzieć – usłyszałam. Tego było już za wiele. – Proszę księdza, robi ksiądz hipermarket zamiast kościoła, wszystko jest na czas, jak z promocjami, ale gdzie w tym wszystkim jest Człowiek? Czy w tym dążeniu do tego, by wszystko robić szybciej, nie zatracamy tego, co jest najważniejsze? Wszędzie się spieszymy, czy właśnie w kościele nie powinniśmy się zatrzymać i zastanowić nad tym, co jest tak naprawdę ważne i ostateczne? Ksiądz wstał, pokazał mi drzwi. Wyszłam, bo czekali już kolejni interesanci.
Bardzo bym chciała, by ksiądz przemyślał swoje zachowanie i to, co mu powiedziałam. Nie było go dzisiaj w czasie ceremonii pogrzebowej. Może to i lepiej, bo byłoby mi jeszcze bardziej przykro, gdybym widziała tego duchownego przemawiającego nad trumną mojego taty, może jeszcze – patrzącego przy okazji na zegarek, czy aby kolejni żałobnicy nie będą za chwilę pukać do drzwi kościoła?
Każdy dzień jest pewnego rodzaju gonitwą. Spieszymy się do pracy, pracujemy w miarę sprawnie, potem – szybko do domu i znowu szybkie zakupy, może wizyta u lekarza, i tak codziennie. Spiesząc się tracimy z oczu to, co najważniejsze – drugiego człowieka. Opamiętanie przychodzi w takich chwilach jak odejście i konieczność pożegnania. Ostatniego pożegnania. Zastanawiam się – czy chciałam zbyt wiele, prosząc o dwie minuty? Może… Ale wiem też, że kościół powoli staje się miejscem, gdzie czas staje się pieniądzem. A to już chyba kompletna porażka.

Francuskie fascynacje i polskie inspiracje

Wczoraj, późnym wieczorem, obejrzałam piękny, podniebny spektakl francuskiego zespołu artystów-akrobatów Deux ex Machina. Spektakl odbywał się w ramach dorocznego lubelskiego Carnavalu Sztukmistrzów i zachwycił licznie zgromadzoną wokół placu Zamkowego publiczność. W czasie dwudziestominutowego przedstawienia francuscy artyści w niecodzienny sposób opowiedzieli o podboju kosmosu i wiedzy, która dzięki fascynacji ludzkości innymi galaktykami, wciąż wzbogaca i isnpiruje dziesiejszych naukowców i pośrednio – wszystkich nas.
Ale dla mnie francuski spektakl miał jeszcze jedno – ważne oblicze. Przypomniał mi projekt kulturalny, który miałam zaszczyt i przyjemność realizować wspólnie z innym francuskim zespołem artystycznym – Compagnie Le Sablier, w ramach Programu KULTURA 2000. To był wyjątkowy projekt, w którym obok lubelskich studentów i animatorów kiltury, brali udział przedstawiciele instytucji kultury z Francji i Rumunii. Pomysł polegał na poznaniu problemów dzielnic wybranych europejskich miast, w tym Lublina, w których mieszkańcy pozostawieni są sami sobie. Kultura, która wkracza w dzielnice i poprzez działania artystyczne próbuje poznać i rozwiązać problemy związane ze społeczną rewitalizacją – to innowacyjny pomysł, który zyskał akceptację Komisji Europejskiej i z sukcesem został zrealizowany nie tylko w Lublinie, ale także innych europejskich miastach, biorących udział w projekcie. Jego społeczny efekt był fascynujący, bo nigdy wcześniej nikt nie myślał o kulturze, rozwiązującej społeczne problemy.
Dzięki francuskim kolegom odkryłam nie tylko nowe, niemal „galaktyczne” możliwości, jakie daje kultura, inspirując lokalne społeczności i wskazując im kierunek rozwoju. Poznałam smak współpracy przy tworzeniu międzynarodowego wniosku projektowego i realizacji zaplanowanych przedsięwzięć w międzynarodowym zespole. To było wspaniałe doświadczenie, które wczoraj właśnie – dzięki akrobatom z Deux ex Machina – stało się dla mnie „wartością dodaną”. Bo to francuscy koledzy zainspirowali mnie do kolejnych przedsięwzięć, które – we współpracy z koleżankami i kolegami z kilku lubelskich instytucji kultury – udało mi się zrealizować. I chciałabym bardzo, by spektakl „Galileo” stał się dla mnie kolejną inspiracją. Właściwie – już się nią stał…

Od dziś Lublin bliżej Izraela

Dziś do Lublina, o 21.30 przyleci pierwszy samolot ze stolicy Izraela. Jutro o 6.10 pierwsi pasażerowie z Lublina odlecą do Tel-Avivu. To doskonała wiadomość nie tylko dla turystów, którzy marzą o podróży do Ziemi Świętej, ale dla wszystkich tych, którzy chcą być bliżej historii, kultury i biznesu tego kraju.
Dzięki bezpośrednim lotom do Lublina z pewnością zwiększy się liczba turystów, odwiedzających nasze miasto. Bo Lublin zwany był niegdyś „Jerozolimą Północy”, m.in. za sprawą istniejącej tu przed wojną Akademii Rabinackiej. Pierwsza okazja do odwiedzenia naszego miasta będzie już za kilkanaście dni, gdy Ośrodek „Brama Grodzka-Teatr NN” zorganizuje pierwszy w historii „Zjazd Lublinerów”, czyli potomków dawnych, przedwojennych mieszkańców Lublina. Oczywiście piękny jubileusz 700 lecia naszego miasta i wiele imprez, w tym m.in. widowiskowy Festiwal Sztukmistrzów to także atrakcja dla turystów z Izraela. Kilka dni temu przypadkowo odkryłam na Starym Mieście jubileuszowe, bezpłatne foldery o Lublinie w języku hebrajskim. Lubelski Ośrodek Informacji Turystycznej i Kulturalnej, wspierany przez władze miasta, doskonale przygotował się do obsługi turystów z Izraela – gratuluję tej inicjatywy Pani Dyrektor LOITiK i Panu Prezydentowi Lublina!
Byłoby naprawdę doskonale, gdyby z bezpośrednich lotów do Izraela skorzystali także lubelscy przedsięborcy i reprezentanci wyższych uczelni. Współpraca z izraelskimi firmami i placówkami, np. ochrony zdrowia, ale także uniwersytetami – przy realizacji np. projektów międzynarodowych – może mieć nie tylko aspekt finansowy, choć on też jest istotny. Według mnie ważne jest dobre porozumienie między mieszkańcami naszych krajów. Bo bez porozumienia i zainteresowania wzajemnymi problemami, ale i sukcesami, trudno jest zbudować dobre relacje. Dlatego mam nadzieję, że Lublin będzie bliżej Izraela z korzyścią dla obu stron. Bo podstawy dobrej współpracy już są. Ale o jej zbudowanie musimy zadbać sami i pokazać, że nam na niej zależy.

Gama, Łuków i …biały pył

WP_20170611_05_01_41_Pro WP_20170611_10_30_05_ProDzisiaj, wraz z nowym rozkładem jazdy, zmieniła się trasa pociągów, jadących z Lublina do stolicy. Ze względu na zaplanowany remont szlaku dawnej Kolei Nadwiślańskiej – o co swego czasu lobbowali w dawnym Ministerstwie Infrastruktury dziennikarze lubelskiej Gazety Wyborczej wraz z Czytelnikami – tory do Warszawy z Lublina zostały zamknięte do końca grudnia przyszłego roku. Pociągi do stolicy od dzisiaj jeżdżą przez Lubartów, Parczew, Radzyń Podlaski i Łuków.
Czytelnicy mojego bloga doskonale znają moją fascynację koleją, dlatego nikogo nie powinno dziwić, że wczoraj, w sobotę, podróżowałam ostatnim pociągiem po „starej” trasie, przez Pilawę i Dęblin, a dziś – z pierwszymi promykami słońca – jeszcze przed godziną 5 rano, byłam już na lubelskim dworcu. Pierwszy rozkładowy skład do Warszawy, przez Lubartów, odjechał prawie o czasie, z dwuminutowym opóźnieniem. Skład prowadziła moja ulubiona lokomotywa spalinowa Gama produkcji bydgoskiej Pesy. Nie byłabym sobą, gdybym nie odwiedziła wnętrza lokomotywy – oczywiście wcześniej musiałam uzyskać specjalną zgodę Biura Prasowego PKP Intercity w Warszawie. W kabinie spędziłam raptem kilka minut – oprócz maszynisty, szykującego się już do odjazdu, w niewielkim pomieszczeniu przebywało jeszcze dwóch innych mechaników – to maszyniści, którzy będą jeździć tą trasą, ale jeszcze jej nie znają dobrze, dlatego ich przejazd miał charakter szkoleniowy. Gdy wychodziłam z kabiny „minęłam się” z Panem Dyrektorem Zygmuntem Grzechulskim z lubelskiego oddziału PKP Polskie Linie Kolejowe SA, który już od kilku lat, wspólnie z pracownikami, realizował projekty inwestycyjne z funduszy unijnych, związane z wymianą mostów, nawierzchni kolejowej i remontem przejazdów. Dziś mógł być dumny, bo efekty zdecydowanie są imponujące.
Niemal cały szlak do Łukowa – z niewielkimi odcinkami z ograniczoną prędkością – jest dostosowany do prędkości 100-120 km/h. Chjoć linia jest praktycznie jednotorowa, a tzw. mijanki są jedynie na stacjach w Lubartowie, Parczewie i Radzyniu Podlaskim, to szybkie podróżowanie jest tu wielkim atutem, w porównaniu z prędkością, osiąganą tu kilkanaście lat temu, przed częściowym zamknięciem linii dla ruchu pasażerskiego. Jedyny problem to konieczność zmiany lokomotywy z Gamy na słynną elektryczną „siódemkę”, bo logistycznie operacja trwa długo i generuje straty czasu, które później trudno „nadrobić” na trasie. Nie będę dzisiaj pisać o opóźnieniu – zostawię to na inny wpis – ale wspomnę jeszcze o pyle, który tuż za Radzyniem mocno wystraszył pasażerów. Pył, podobny do mgły zaczął w pewnym momencie „wchodzić” na korytarze wagonów, co już wydawało się być nie niewinną mgłą, ale niezidentyfikowanym dymem. Na szczęście mroczna zagadka została szybko rozwiązana – w składzie pociągu jechali przedstawiciele i PKP Intercity i PKP Polskie Linie Kolejowe, którzy uspokoili podróżnych, tłumacząc, że to pył z tłucznia, który służy za podsypkę pod nawierzchnię torową. Jeżeli spadnie deszcz – po pyle nie będzie śladu.
To był ważny dzień, nie tylko dla miłośników kolei, kolejarzy, ale także pasażerów. Bo to od nich w dużym stopniu zależy teraz to, czy linia do Łukowa zyska znaczenie, godne zainwestowanych funduszy w jej modernizację. Mocno trzymam za to kciuki! A na zdjęciach – Gama przed pierwszym odjazdem z Lublina do Warszawy przez Łuków i pył w okolicach Radzynia (fotografia zrobiona z ostatniego wagonu pociągu jadącego ponad 100 km/h).

Wszystkiego najlepszego z okazji (powtórnych) urodzin!

To nie są zwyczajne życzenia dla zwyczajnej osoby. To są życzenia wyjątkowe, bo wielu z nas obchodzi urodziny raz w roku, tymczasem Osoba, do której są one adresowane, świętuje ten dzień dwukrotnie. I właśnie dzisiaj przypada ten Dzień…
Stałym Czytelnikom mojego bloga nie muszę wyjaśniać, że od kilku lat staram się – jak tylko jest ku temu okazja – pisać o trudnym, ale ważnym temacie – transplantacji i dawstwie narządów. Emocje, które towarzyszą mi w czasie rozmów z osobami, które otrzymały szansę na drugie życie – dzięki transplantacji, ale przede wszystkim głównie decyzji rodzin lub altruistycznej deklaracji woli o pobraniu narządów do zabiegu – trudno wyrazić słowami. Dziś po raz pierwszy w swoim życiu, jako dziennikarka, mogę świętować dzień urodzin z moim Przyjacielem, Piotrem, który dwanaście lat temu otrzymał nowe, drugie życie – dzięki przeszczepowi szpiku. Przyznam, zanim poznałam Piotra ten temat – przeszczepu szpiku kostnego traktowałam marginalnie. Za sprawą Piotra zaczęłam interesować się dawstwem szpiku i możliwościami pomocy osobom cierpiącym z powodu chorób krwi. Tu, w odróżnieniu od dawstwa narządów, potrzebny jest drobny wymaz z wewnętrznej części policzka i znalezienie się w bazie potencjalnych dawców. Dzięki naszej, oczywiście dobrowolnej, altruistycznej decyzji, możemy – o ile znajdzie się osoba o takim samym „kodzie genetycznym”, w języku fachowym zwanym zgodnością tkankową – uratować życie.
Piotr, kilkanaście lat temu był ciężko chory, walczył o życie. Miał szczęście, bo w przypadku Jego choroby, możliwy okazał się przeszczep autologiczny, czyli dawcą zdrowych komórek szpiku był sam Piotr. Taki przeszczep to rzadkość, ale – jak się okazuje – zabieg jest możliwy i skuteczny. Co istotne – nie trzeba przyjmować, jak w przypadkach operacji i pobierania narządów lub płytek krwi od innych dawców – leków immunosupresyjnych, czyli zapobiegających odrzuceniu narządów, czy tkanek, prze organizm biorcy. Dzięki przeszczepowi szpiku Piotr dostał szansę na drugie życie i cieszy się każdym dniem. Pracuje w branży turystycznej, dużo podróżuje, szybko zdobywa sympatię koleżanek i kolegów, z którymi współpracuje przy obsłudze międzynarodowych grup wycieczkowych. Niewiele osób wie o tym, co przeźył Piotr i jak wielką cenę zapłacił za to, by normalnie żyć i cieszyć się tym, czego wielu z nas na co dzień nie docenia. Czasem trudno nam powitać kolejny dzień z uśmiechem, z różnych powodów. Dla Piotra każdy dzień to piękny prezent, a dzień, w którym otrzymał „stary – nowy” szpik jest drugim, nawet ważniejszym, Dniem Urodzin. I dziś jest właśnie ten Dzień!

Piotruś – wszystkiego najlepszego! A Twój przykład niech da nadzieję tym, którzy walczą z podstępnymi chorobami krwi. I innymi poważnymi schorzeniami, które można leczyć jedynie poprzez przeszczep narządów.

Historia uwieczniona w lustrze pamięci

Dzisiaj w lubelskim Ośrodku „Brama Grodzka-Teatr NN” odbyło się spotkanie kończące projekt „Shtetl routes. Obiekty żydowskiego dziedzictwa kulturowego w turystyce transgranicznej” – unikalne przedsięwzięcie edukacyjne, którego celem było upamiętnienie dziedzictwa nieistniejących już sztetli, dawnych wielokulturowych miasteczek pogranicza Polski, Ukrainy i Białorusi. Zwieńczeniem projektu jest wydany właśnie unikalny przewodnik „Szlakami sztetli. Podróże przez zapomniany kontynent”. Jak podkreślał koordynator projektu Emil Majuk z Ośrodka „Brama Grodzka-Teatr NN” w czasie trzech lat trwania projektu udało się zgromadzić wiele relacji mówionych, wiele zdjęć, ale przede wszystkim – zaszczepić w setkach, a może nawet tysiącach mieszkańców w różnym wieku zamiłowanie do odkrywania historii miejsc, tzw. „Małych Ojczyzn”. Dwa lata temu relacjonowałam na moim blogu dwa wyjazdy – przez Lubelszczyznę i Podkarpacie – realizowane w ramach projektu, w czasie których uczestnicy – pasjonaci historii i turystyki – odkrywali dawne sztetl. Teraz dawne miasteczka odkryją na nowo nie tylko uczestnicy zakończonego już projektu ale i wszyscy zainteresowani – a to dzięki unikalnej publikacji, która dzisiaj została zaprezentowana szerszej publiczności.
Na mnie, obok fascynującego wydawnictwa, wielkie wrażenie wywarł pomysł Natalii Romik, doktorantki w Bartlett School of Architecture w University College London. Ta absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego zafascynowana jest architekturą pamięci w dawnych pożydowskich sztetlach i pracuje właśnie nad swoją pracą doktorską, analizując architekturę miejsc, w których realizowany był projekt „Shtetl routes”. Natalia miała genialny pomysł na sposób zebrania materiałów do pracy – zamiast tradycyjnych wyjazdów i kwerendy postanowiła, wraz z dwiema przyjaciółkami, skonstruować pojazd, „opatulony” lustrami. Ten pojazd jest praktycznie niewidzialny, doskonale „wtapia” się w lokalny krajobraz, nie zakłócając jego charakteru, a jednocześnie – stanowi pewnego rodzaju iluzję, efemerydę, wpisuje się w przestrzeń publiczną poprzez swoją „obecność-nieobecność”. W „wehikule” jest niewielkie muzeum-archiwum, a mieszkańcy, odwiedzający to miejsce mogą podzielić się swoimi historiami, zdjęciami, dokumentami rodzinnymi – czasem je nawet podarować wolontariuszom, by ocalić te skarby od zapomnienia… Bardzo podoba mi się to artystyczne, innowacyjne podejście do historii. W oparciu o projekt edukacyjny tworzony jest kolejny, równie ważny, bo z przesłaniem ocalenia pamięci i tożsamości, tożsamości europejskiej, której istotną część stanowi dziedzictwo wielokulturowe, w tym osadnictwo żydowskie.

Dopatruję się w pomyśle Natalii inspiracji w Ośrodku „Brama Grodzka-Teatr NN”. Już wiele lat temu Tomasz Pietrasiewicz, twórca i Dyrektor Ośrodka, wymyślił lustro, które przytwierdzone jest to ściany wewnątrz Bramy, przy schodach prowadzących obok okien od strony Zamku. Osoby patrzące w lustro widzą siebie na tle Zamku i miejsca, gdzie była niegdyś dzielnica żydowska. To wyjątkowy widok i refleksja. Myślę, że właśnie ta refleksja mogła być kluczem do pomysłu Natalii. Bo dla mnie właśnie tak to wygląda, choć oczywiście to tylko moje wrażenie.

Bardzo bym chciała, żeby to „lustro pamięci” stworzone przez Natalię, ale zainspirowane, przez Ośrodek i projekt „Shtetl routes” oraz Tomasza Pietrasiewicza, Witolda Dąbrowskiego, Emila Majuka, Monikę Tarajko i wielu, wielu innych pracowników Ośrodka „Brama Grodzka-Teatr NN” we współpracy z instytucjami partnerskimi z Białorusi i Ukrainy stało się przyczynkiem do kolejnych, innowacyjnych pomysłów, które pozwolą ocalić pamięć. Bo jesteśmy to winni poprzednim pokoleniom, ale także tym, którzy przyjdą po nas. Bo pamięć ma także za zadanie chronić i przestrzegać – nigdy więcej… Ale to już temat na inny wpis.

Europejska Nagroda dla Lublina

Moje rodzinne miasto otrzymało właśnie prestiżową nagrodę, przyznaną przez Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy – Europe Prize. Lublin doceniony został za podejmowane działania o charakterze gospodarczym oraz imprezy kulturalne, które swym zasięgiem wykraczają poza miasto i region. Kapituła nagrody podkreśliła przedsięwzięcia, angażujące nie tylko lokalne środowiska biznesowe oraz instytucje kulturalne, ale również szkoły wyższe i organizacje pozarządowe. Wszystkie działania, podejmowane przez władze miasta mają istotny nadrzędny cel – promocję wartości europejskich i właśnie ten fakt doceniło jedno z najważniejszych gremiów na kontynencie europejskim.
Nagroda cieszy tym bardziej, że przyznana została w jubileuszowym roku 700-lecia nadania praw miejskich Lublinowi. I z pewnością będzie inspiracją dla władz miasta do podejmowania jeszcze większej liczby imprez i przedsięwzięć, z myślą o wykorzystaniu istniejącego, imponującego potencjału międzynarodowego, który wynika m.in. z aktywnej współpracy z miastami partnerskimi.
Wiem, że duże znaczenie dla faktu przyznania nagrody miała nie tylko aktywna współpraca z krajami Europy Zachodniej, ale także, a może przede wszystkim – z Ukrainą, dla której to my, Polska i Lublin, jesteśmy „Bramą na Zachód” i „przedsionkiem Europy”. I tu słowa uznania dla Krzysztofa Łątki, dyrektora Wydziału Projektów Nieinwestycyjnych w lubelskim Urzędzie Miasta. To dyrektor Łątka od kilku lat z sukcesem tworzy Kongres Inicjatyw Europy Wschodniej, to on inspiruje instytucje i organizacje po obu stronach granicy do aktywnej współpracy, wreszcie – osobiście inicjuje międzynarodowe projekty. Choć nie zawsze złożone wnioski kończą się sukcesem w postaci przyznania dotacji, dyrektor Łątka nigdy się nie poddaje i podejmuje kolejne działania – do skutku. I być może właśnie ta niezłomność w dążeniu do wyznaczonych celów i niepoddawanie się przeciwnościom – a w ostatnim czasie tych ostatnich lubelscy urzędnicy doświadczyli wiele – zadecydowały o przyznaniu tej wyjątkowej nagrody, w tym szczególnym dla Lublina i mieszkańców roku. Mam nadzieję, że to jedna z wielu nagród i wyróżnień, które otrzyma w tym roku moje miasto. Miasto, które znaczy wiele – a świadczy o tym Europe Prize – na mapie kontynentu europejskiego.

Gdybym była Francuzką…

…głosowałabym w wyborach prezydenckich na Emmanuela Macrona. Ten młody polityk stawia przed sobą, jako potencjalnym prezydentem, wiele ważnych wyzwań, mnie jednak intryguje deklaracja sprzed dwóch dni o sankcjach, które zostaną nałożone na Polskę, z powodu niedotrzymywania obowiązków spoczywających solidarnie na wszystkich członkach unijnej Wspólnoty. Faktycznie nasz kraj skutecznie, jak dotąd, uchyla się od respektowania zapisów unijnych w wielu obszarach, jednak nie może ten stan trwać w nieskończoność. Wspólnota przechodzi poważny kryzys, a nasz kraj, zamiast – jak było dotąd – wspierać przywódców innych europejskich krajów, np. w rozwiązaniu dramatu uchodźców z Syrii, sam przysparza niemałych problemów unijnym instytucjom. Silna pozycja Polski w UE, wypracowana staraniem wielu polityków różnych opcji, i to przez kilkanaście lat, dziś powoli staje się pięknym wspomnieniem. Odbudowanie dobrych relacji potrwa lata, o ile uda się jeszcze ocalić fundamenty, na których zbudowano Wspólnotę – przede wszystkim chodzi o solidarność i demokrację, w wielu kwestiach – nie tylko politycznych, ale i gospodarczych, czy społecznych. Dziś potrzeba tej Wspólnoty bardziej niż kiedykolwiek, a polski rząd zdaje się o tym zapominać, patrząc jedynie na Unię jako „kasjera” i „portfel” z funduszami. Jest mi przykro i wstyd, że to prawdopodobnie przyszły francuski prezydent Macron przywoła nasz kraj „do porządku”. Sankcje to nie tylko ewentualne straty finansowe, ale przede wszystkim – wizerunkowe. A jeżeli do głosu francuskiego prezydenta przyłączy się niemiecka kanclerz to skutki sankcji będą bolesne – przede wszystkim grozi nam radykalne zmniejszenie funduszy unijnych, bo budżet UE uchwalany jest corocznie. Dlatego głos Emmanuela Macrona na razie jest jedynie przestrogą. Jednak jeżeli będzie to głos prezydenta ważnego unijnego kraju, jednego z założycieli UE – sankcje wobec Polski nabrać mogą realnego kształtu.
Dlaczego chciałabym więc, gdybym była Francuzką, głosować na Emmanuela Marcona? Bo ten młody człowiek ma szansę – jako prezydent Francji – wpłynąć na to, co dzieje się teraz w naszym kraju. Zbyt wiele spraw o istotnym znaczeniu, czy to politycznym, czy społecznym, skutecznie wymknęło się już spod jakiejkolwiek kontroli. A wcześniej czy później zapłacimy za to wszyscy. Oby tylko cena nie była zbyt wysoka…

Lubelscy strażacy na medal!

Dotychczas relacjonowałam, dla Czytelników lubelskich gazet, m.in. „ostry dyżur” w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, ćwiczenia na poligonie w Nowej Dębie, jeździłam z policyjnym patrolem „na zdarzenia”, dotąd jednak nie pisałam o akcji prowadzonej przez strażaków. Życie pisze najciekawsze scenariusze, oby tylko wszystko skończyło się dobrze. A zdarzenie, które chcę opisać – tym razem dla Czytelników mojego bloga – ma swój szczęśliwy finał. Nie życzę jednak nikomu, by przeżył taką noc, jaka stała się udziałem mieszkańców kilku klatek bloku przy jednej z ulic lubelskiego Czechowa. Tuż po północy ze snu wyrwał mnie zapach spalenizny. Na suficie pokoju, w którym spałam, „biegały” niebieskie lampki. Zerwałam się z łóżka i wyjrzałam przez okno. Przed klatką stały dwa wozy strażackie z włączonymi, migającymi, niebieskimi światłami i pracującą głośno pompą. Szybko ubrałam i chciałam szybko pobiec do sąsiadów. Nikt nie ogłosił ewakuacji, ale o tym, że jest nieciekawie, świadczyły pootwierane na oścież okna na klatce. Jestem pewna, że zrobili to strażacy, którzy w ten sposób dbali o odpowiednią, pomimo trudnych warunków, wentylację klatki. Kłęby dymu były tak duszące, że musiałam szybko wrócić do mieszkania. Patrzyłam przez okno na strażaków, którzy szybko wykonywali przyjęte w takiej sytuacji procedury. Gdy usłyszałam głosy na klatce wybiegłam, by dowiedzieć się, co się stało. Sąsiedzi przekazali mi informację, że pożar wybuchł w sąsiedniej klatce, w piwnicy, ale strażacy opanowują sytuację. Emocje nie pozwoliły wrócić do łóżka, przez okno obserwowałam, co się dzieje. Byli już także policjanci, którzy z pewnej odległości przyglądali się akcji. Dopiero po jej zakończeniu mogli przystąpić do sporządzenia dokumentacji zdarzenia. Akcja trwała około 1,5 godziny. Kiedy strażacy zaczęli zwijać jeden z węży gaśniczych, odetchnęłam – sytuacja była opanowana. Jedna z brygad strażackich była gotowa do odjazdu. Ale wcześniej strażacy z obu pojazdów podeszli do siebie i wykonali gest „żółwika”. To było bardzo miłe pożegnanie. Strażacy z brygady o numerze 304-21 (oznaczenie widoczne jest z góry, dlatego nie miałam problemu by je dostrzec) pozostali jeszcze na posterunku. Odjechali dopiero po dłuższym czasie, po zakończeniu wszystkich wymaganych w takich sytuacjach, procedur.
Byłam pod wrażeniem akcji, chociaż przebudzenie z powodu duszącego zapachu spalenizny było koszmarnym doświadczeniem. Najważniejsze, że strażacy spokojnie wykonywali swoje czynności, a mieszkańcy okolicznych bloków i klatek nie byli niepokojeni. Bo najgorsze, co może się wydarzyć to panika, a spanikowane osoby to dodatkowe zagrożenie i konieczne działania, np. przyjazd specjalnych autobusów MPK, gotowych do pracy w sytuacjach zagrożenia życia i zdrowia ludzi. Tu na szczęście obyło się bez ewakuacji, a strażacy spisali się na medal.
Zadzwoniłam dzisiaj do Pana Kapitana Andrzeja Szaconia, Oficera Prasowego Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej. Z gratulacjami i podziękowaniem za modelowo przeprowadzoną akcję. – Nigdy wcześniej nie widziałam strażaków w akcji na „własne oczy” i jestem pod wrażeniem ich spokoju i opanowania – mówiłam. Pan Kapitan zapewnił mnie, że strażacy przechodzą specjalne badania psychologiczne, szkolenia i mają niezbędne doświadczenie, ale także – konieczne predyspozycje do pracy w takich, trudnych warunkach. – Cieszę się, że przekazuje mi Pani swoje wrażenia i dobrą ocenę naszej pracy. Rzadko się zdarza, żeby zadzwonił ktoś z gratulacjami, zazwyczaj jest tak, że mieszkańcy są niezadowoleni i krytykują to, co widzieli. Przekażę jutro tę opinię Panu Komendantowi.
Chociaż zapach spalenizny na klatce będzie unosić się jeszcze na pewno przez kilka kolejnych dni, najważniejsze, że nikomu nic się nie stało. Policja prowadzi dochodzenie dotyczące przyczyn pożaru. A ja – chociaż nocne bieganie po klatce przypłaciłam przeziębieniem – będę zawsze wdzięczna lubelskim strażakom za ich spokój, opanowanie i wspaniałą pracę zespołową. Gdyby nie ich szybkie działanie nie wiadomo, jakie skutki dla zdrowia i życia mieszkańców mógłby mieć ten nocny pożar. Dziękuję i życzę, by takich akcji było jak najmniej, ale także – by zawsze miały dobre zakończenie.